Poprzedni temat :: Następny temat
Historia drużyny Kaeru Nadzieja
Autor Wiadomość
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-04-20, 21:57   

Nadzieja umiera ostatnia


Z opowieści Haraga:
Mirim dogoniła mnie bardzo szybko i spytała co robimy? Pomyślałem, że to już koniec naszej drużyny. Że przegraliśmy. I nagle olśnienie! Anvil Dalbar! Przypomniał mi się tak gwałtownie, że aż ściągnąłem wodze i gryf się spłoszył. "Do Nowej Nadziei!" zawołałem zadowolony z siebie. Elfka nie zadawała pytań. Mniej więcej tydzień później znaleźliśmy się w domu. Od razu poszliśmy do Atara Dalbara. Najpierw kazałem mu obejrzeć przestrzeń astralną i dopiero kiedy to zrobił i powiedział, że nie ma tam nic, prócz ducha, który krąży w okolicy już od jakiegoś czasu, opowiedziałem mu pokrótce historię syna, zaczynając od informacji, że kiedyś obiecałem mu, że jeśli Marv zginie, przyniosę ojcu jego ciało... No po prostu nie mogłem się powstrzymać. Ta wypowiedź nadała sytuacji odpowiednią grozę. A zresztą, jeśli mu nie pomożemy, to w końcu zgnije gdzieś i nikt się nawet nie dowie. W każdym razie ojciec przejął się losem syna, ale nie wiedział, gdzie jest dziadek Anvil, jedyny, który mógł Marvovi pomóc. Uprosiłem go, żeby przyzwał ducha, który dziadka znajdzie (Mirim nadal miała jego włosy) i przekaże mu wiadomość. Napisałem co następuje: "Twój wnuk zadarł z kimś ZŁYM! Ma bardzo przerąbane! Tylko Ty możesz mu pomóc, bo trzeba tego ZŁEGO ściągnąć i zabić. Daj odpowiedź duchowi." Poszło. Czekaliśmy i czekaliśmy. Chyba ze trzy dni później Atar poprosił nas do siebie i zaprowadził na cmentarz. Ksenomanci mają jakiś taki czar "Grobowe przesłanie" czy coś w tym stylu, więc zebraliśmy się nad grobem babki, albo ciotki, i zaczęliśmy gadać z dziadkiem. Powiedział, że horrora przyzwie ale zabić musimy sami i kazał czekać. Następnego dnia Atar zabrał nas do swojej piwnicy i upewniwszy się, że nic nie podgląda i nie podsłuchuje, dał nam talizman i powiedział, że mamy wszyscy wejść do astralnej i zniszczyć talizman a wtedy dziadek ściągnie nas do miejsca przyzwania horrora. Reszta w naszych rękach. Wzięliśmy błyskotkę i ruszyliśmy szukać kaeru. Na szczęście nie było to trudne bo wciąż pamiętałem wskazówki tego drwala co to zgodził się nas zaprowadzić. Znaleźliśmy wejście, dobrze zamaskowane, wziąłem swój sztylet, wyryłem na nim runami napis "Otwórz przejście i wejdźcie w nie. H." i wrzuciłem do dziury prowadzącej zapewne do kaeru. Ukryliśmy się z Mirim niedaleko i czekaliśmy.

Kaer znaleźliśmy bez problemu i życie w nim było nawet znośne, choć pod ziemią. Marv znalazł kuźnię i postanowił zrobić sobie drugą broń a ja snułam się bez celu po korytarzach. Gdy Marv nie kuł uczyłam go silnej woli i to była jedyna zabawna część naszej nudnej egzystencji. Wojownik siadał na ziemi a ja starałam się ze wszystkich sił wyprowadzić go z równowagi. To też mi się szybko znudziło - za dobry był... Czasem polowaliśmy. Raz wybraliśmy się do wioski. Daleko, ale Marv potrzebował narzędzi, no i trzeba było nakarmić horrora. Wymogliśmy na nim, żeby oddał nam moc posługiwania się czarami, którą nam zabrał ze złości za próbę przyzwania a w zamian musieliśmy mu dać trochę cierpienia. Cały czas miałam nadzieję, że Harag i Mirim starają się znaleźć jakieś wyjście z tej żałosnej sytuacji bo z dnia na dzień bardziej nienawidziłam podziemnego schronienia. Pewnego dnia, wychodząc na polowanie, potknęłam się o sztylet. Byłam pewna, że wcześniej go tu nie było. Podniosłam go i zerknęłam na zdobiące go runy: "Otwórz przejście i wejdźcie w nie. H." Na Pasje! Toż to Harag! Pobiegłam ze sztyletem do Marva.
- Marv, zobacz, znalazłam Twój sztylet - wołałam już z daleka.
Marv wziął broń, przyjrzał się jej i dostrzegłam uśmiech w jego oczach.
- Zmieniłem zdanie - powiedział nagle. - Zabieraj swoje rzeczy. Idziemy do wioski. Czas nakarmić horrora a i ja bym się posilił jakąś niewiastą...
- Świetnie - mruknęłam. - Kobiet ci się zachciało... Ale iść możemy. Zawsze to jakaś rozrywka a ja się tu niedługo na śmierć zanudzę.
Spakowaliśmy się. Marv zatknął sztylet za pas w widocznym miejscu, opuściliśmy naszą kryjówkę i, na ziemnej fali, udaliśmy się powoli w stronę majaczącego na zachodzie lasu.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-04-25, 11:13   

Niespodzianka


Na ostatnim postoju, tuż przy lesie, Marv narysował na ziemi mapę wioski i zaczął mi tłumaczyć plan:
- Podejdziemy od wschodniej strony. Otworzymy bramę astralną, przejdziemy przestrzenią aż do wioski i wyskoczymy w jej centrum. Bierzemy zapasy, jakąś ładną dziewkę i wracamy też astralną. Będzie niezły efekt.
Skinęłam tylko głową. Rankiem spakowaliśmy się i ruszyliśmy w las. W obozowisku pozostał nietknięty plan działania.

Gdy naszym oczom ukazała się majacząca między drzewami palisada wioski, a był to 20 Sollusa, Maruvil zatrzymał się i zaczął układać krąg. W końcu, po nieskończenie długim czasie, otworzyła się brama. Spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się i weszliśmy w przestrzeń. Powolutku szliśmy w stronę wioski nie oglądając się za siebie. W przestrzeni astralnej nie ma zmysłu dotyku, ale w pewnej chwili poczułam, że rozluźniona dotąd dłoń zmieniła położenie i zacisnęła się w pięść. Wbiłam wzrok w zbliżającą się palisadę, by powstrzymać się od odwrócenia głowy, świadoma czyjejś obecności za plecami. Nagle przestrzeń gwałtownie się zmieniła. W ułamku sekundy dostrzegłam świecący wzorzec ziemi, krąg przed nami i pięć postaci przy nim. Usłyszeliśmy głos: "Korzystajcie z tuneli" a następnie jedna z postaci dotknęła kręgu i wypowiedziała znienawidzone imię Skaza. Postaci zniknęły a w ich miejscu, w kręgu, pojawił się ON. Nasz PAN. SKAZA.

Bez chwili zastanowienia ruszyliśmy do ataku. W dłoni trzymałam swój przedmiot wzorca, więc czułam się silniejsza. Strzały pędzące do potwora uświadomiły mi obecność Mirim gdzieś za nami a tuż obok przemknął Harag na duchowym wierzchowcu. Ciosy Marva okazały się bezskuteczne, podobnie jak moje, zbyt silna była władza horrora nad nami. Jednak próbowaliśmy. Walka zdawała się nie mieć końca. Mirim schowała się w korytarzu próbując z siebie zdjąć rozgrzaną do czerwoności zbroję, Marv padł nieprzytomny a ja się czułam, jakbym waliła głową w mur. Harag zaszarżował, uderzył i... horror zniknął. Spojrzeliśmy z Haragiem na siebie i na krąg. Ani śladu. Czyżby zginął? "Maskuje się" wpadło mi nagle do głowy.
- Harag wal! - krzyknęłam, i na oślep, zaatakowałam puste miejsce w kręgu. Horror był wielki, wypełniał sobą cały krąg, więc miałam duże szanse trafić. Tak się też stało. Poczułam opór na mieczu. Harag uderzył z całą mocą. Jego miecz także trafił. Staliśmy chyba z minutę wściekle waląc w pusty krąg. Otrząsnął nas z tego amoku dopiero jęk parzonej Mirim.
- Pomóż jej zdjąć zbroję - rzuciłam do Haraga i zaczęłam cucić Marva.
- Gdzie horror - zapytał gdy tylko się ocknął?
- Chyba nie żyje. Do korytarza.
Schowaliśmy się po czym posłałam w krąg kulę ognia. Potem jeszcze jedną. I jeszcze jedną. Wiem... paranoja.... ale cóż ja poradzę. Chciałam być pewna, że zdechł.

W końcu uspokoiliśmy się. Horror nie żył. My żyliśmy. Bez problemu wyszliśmy z astralnej i wydostaliśmy się na powierzchnię. Gdzieś w okolicach Travaru. Wyleczeni i szczęśliwi wróciliśmy do Throalu. W ramach podzięki za uratowanie życia kupiłam Haragowi beczkę hurgla a Mirim zamówiłam elfiej roboty suknię z najpiękniejszego materiału, jaki udało mi się dostać. Należało im się.

Epilog


Ponieważ Lilianna ciągle nas zawodzi i gdzieś znika postanowiliśmy wynająć kapitana na Jastrzębia oraz oddać statek na usługi jakiegoś domu kupieckiego, by, nie używany przez nas, mógł na siebie zarabiać. Znaleźliśmy krasnoluda o imieniu Buford, rudobrody, ogolony na łyso, Powietrzny Żeglarz siódmego kręgu. Równie łatwo poszło nam znalezienie domu kupieckiego, gdyż przypomniało nam się, że kiedyś uratowaliśmy życie jednemu krasnoludowi z rodu Uerawel, i do nich właśnie się udaliśmy. Seniorka rodu, Selenda Uerawel, wynegocjowała z nami umowę i Jastrząb został oddany na usługi tego krasnoludzkiego rodu. My zaś udaliśmy się do Nowej Nadziei, gdzie zalegliśmy na kolejne pół roku, by odpocząć, przekuć bronie i zbroje, zaopatrzyć się w nowe. Z pomocą Maruvila stworzyłam sobie lagę, a raczej kostur, niezwykłej urody i o niezwykłych właściwościach. ale o nich opowiem, jak już wszystkie przetestuję. W każdym razie odpoczynek był nam bardzo potrzebny po ostatnich wydarzeniach.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-01, 22:39   

Kochani,
Sprawa wygląda tak: ponieważ moja obecność na sesjach była lekko przerywana, a nasz MG jest bardzo zapracowany i nie ma czasu wprowadzić korekty do mojej opowieści, wrzucam historię tak, jak ją poskładałam z opowieści innych graczy, w związku z tym mogą się w niej pojawić jeszcze sprostowania jak się MG ustosunkuje ;-)

Druga rzecz - przygoda była niezwykle zaskakująca i wplątała nasze postaci w historie, które nie mogły ujrzeć światła dziennego, by nie nabruździć nam w życiorysie. Dlatego narracja, w pewnym momencie, zmieni się by przybliżyć Wam rzeczy, których Auraya nie mogła oficjalnie zapisać w Dzienniku Drużyny.

Jakbyście chcieli poznać pominięte szczegóły pytajcie.

Miłej lektury :-D
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-01, 22:42   

Krwawa Puszcza


Pierwsza pieczęć


Wypoczęci i częściowo wyszkoleni ruszyliśmy ponownie do Krwawej Puszczy by ponowić zdobywanie tajników dla Marva do legendarnej Zbroi Venny. Skontaktowanie się z elfami poszło, jak zwykle, łatwo, za to na decyzję o udostępnieniu nam wiedzy trzeba było kilka dni poczekać. Jakoś nie zaskoczyła mnie odpowiedź odmowna... Ruszyliśmy do Throalu dokończyć naukę.

Pewnego dnia do naszej karczmy zawitał krwawy elf. Okazał się posłańcem z Krwawej Puszczy i oznajmił nam, że wiedza, której szukamy będzie dla nas dostępna, jeśli wykonamy dla elfów pewne zadanie. Zależało nam na tajnikach, więc ruszyliśmy do kaeru Eidolon a stamtąd na piechotę do samej Puszczy. Powitał nas Strażnik Krwi Olivander i opowiedział na czym ma polegać zadanie. Elfy od długiego czasu mają problem z pewnym fragmentem Puszczy. Jest w niej miejsce, gdzie ściąga wszelkie zło z okolicy, groźne zwierzęta czy dziwne istoty, zaś każdy wysłany tam patrol znika bez śladu. Wynegocjowaliśmy dodatkowo szkolenie dla Mirim i tajniki dla Haraga i ruszyliśmy za Olivanderem i jego eskortą w głąb Puszczy.

Dotarliśmy do dziwnego miejsca: poszycie lasu wyglądało niby zwyczajnie ale po bliższej analizie okazało się dachem dziwnego labiryntu. Olivander dał nam kłębek nici nasączonej magią:

- Dopóki jej nie zerwiecie będzie się rozwijała i doprowadzi Was do wyjścia - oznajmił. - Powodzenia. Będziemy tu na Was czekać.

Zeszliśmy w głąb labiryntu. Dziwne to było miejsce i, choć ręką Jaspree stworzone, nie wzbudzało we mnie ciepłych uczuć. Splątana roślinność była ciężka do przebycia, poszycie żyło tysiącem stworzonek a ciągłe szelesty kazały się domyślać obecności większych istot. Nie wiem, jak długo szliśmy przez zieloność, ścieżkami, które wydawały nam się właściwe. Z braku zajęcia Harag zaczął zbierać małe kamyki i rzucać nimi w drzewa. Zanim zdążyłam go powstrzymać drzewa zrobiły to za mnie - oddały mu gałęziami... Niezła nauczka...
W końcu doszliśmy do czegoś w rodzaju naturalnych tuneli podziemnych. Z braku lepszych pomysłów zaczęliśmy je badać. Nie licząc czegoś w rodzaju alarmu, który dostrzegła Mirim, nie było w tunelach nic ciekawego. Tak nam się, w pierwszej chwili, wydawało. Prawdopodobnie intuicja doprowadziła nas to tego niezwykłego miejsca: na końcu jednego z wąskich tuneli, przykuty łańcuchami do ściany, wisiał wysuszony trup, a właściwie ożywiony trup. Szarpał się w łańcuchach a jego twarz co chwilę wykrzywiał grymas ogromnego bólu. I choć nie wydawał przy tym dźwięków było widać, że cierpi. Dostępu do tego dziwowiska broniła bariera. Nie dało się jej przebić ani rozproszyć. Po prostu była.

W pewnej chwili zaniepokoił nas dźwięk z tyłu. Pobiegliśmy do wyjścia. Najpierw, w krzakach, zobaczyliśmy oślepiające światło, potem doszedł do nas pomruk i pojawiły się błyskawice aż w końcu stanął przed nami największy jaszczur błyskawic, jakiego w życiu widziałam. Był ogromny i najwyraźniej zmierzał prosto do naszej grupy... Walka, jak zwykle, łatwa nie była. W końcu jaszczur wydał ostatnie tchnienie pozostawiając wiele krwawych ran na En, Mirim i Haragu. Ostrożnie obejrzeliśmy truchło, oczy jaszczura wypadły po jego śmierci i okazały się być klejnotami. Gdy im się przyjrzałam zobaczyłam, że na każdym z nich jest napis w języku ludzi, dwa wersy, po jednym na każdym oku:

"Jam jest, który jest
Ochrona władcy piorunów"

Schowaliśmy oczy i znów poszliśmy do wiszącego trupa. Doszliśmy do wniosku, że jaszczur był strażnikiem i wersy mogą pomóc nam w uwolnieniu biednej istoty. Udało się! Marv bez trudu rozproszył barierę i zaklęcie trzymające istotę na uwięzi, kajdany opadły, grymas bólu zniknął a trup stał się prawdziwym trupem i rozpadł się na pył. Przez moment błysnęła mi w głowie myśl, czy słusznie robimy? A może była to swego rodzaju pieczęć trzymająca na uwięzi zło, którego szukamy? Cóż, czas pokaże. Musieliśmy szybko znaleźć bezpieczne miejsce na nocleg, by nasi towarzysze mogli się wyleczyć. Podczas odpoczynku poznaliśmy kolejne ciekawe zwierzątko Krwawej Puszczy - małe myszki, które błyskawicznie wyczuwały krew, obłaziły ranną osobę i wgryzały się w jej rany chłepcząc krew. To nie była spokojna noc.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-01, 22:44   

Druga pieczęć


W miarę wypoczęci i wyleczeni ruszyliśmy dalej. I oto spotkaliśmy kolejne dziwo. Stanął przed nami krasnolud. Na oko zupełnie żywy, więc nie zwróciłby aż takiej naszej uwagi, gdyby nie fakt, że miał ewidentnie skręcony kark, głowa leżała mu cały czas na ramieniu i, choć ją ciągle poprawiał, spadała znów na bok. Krasnolud cały czas powtarzał, że szuka Czarnej Pani bo ona mu pomoże. Nie uzyskawszy od nas informacji, gdzie znajduje się jego wybawczyni, poszedł w las. Czy coś jeszcze może nas tu zdziwić..?

Łażąc po puszczy, prowadzeni przez talenty Mirim, spotykaliśmy co jakiś czas trupy. Czasem były to krasnoludy, czy ludzie, ale najwięcej spotkaliśmy krwawych elfów, Zapewne byli to członkowie wypraw wysyłanych przez dwór elfów. Nie znaleźliśmy na nich śladów obrażeń innych, niż naturalne, jak kły czy pazury. Jedna z grup przykuła naszą uwagę na dłużej. Byli to podróżnicy, których zapewne elfy wynajęły do tego samego zadania co nas. Przy trupie krasnoluda znaleźliśmy dziennik. Sugerował w nim, że miejsca z dziwnymi trupami w kajdanach to pieczęcie, że są cztery takie miejsca a ich centrum stanowi dziwny budynek, chroniony przez dwanaście kamiennych głów. Wg zapisków pieczęcie należy przełamać, a potem udać się do budynku i zmierzyć ze ZŁEM. Była to, jak dotąd, największa ilość wiedzy na temat tego, co się dzieje w labiryncie. Doszliśmy do wniosku, że skoro pieczęcie są cztery, to mogą leżeć na czterech wierzchołkach kwadratu. Starając się więc trzymać prostej drogi od pierwszej z nich, ruszyliśmy na poszukiwanie drugiej.

Droga doprowadziła nas do kolejnego kompleksu jaskiń wydrążonych w ziemi. Te, z miejsca zaczęły budzić nasze obrzydzenie, gdyż pod stopami kłębiło się robactwo wszelkiej maści. Unikając ze wszech sił rozgniatania robaków, zagłębiliśmy się w jaskinie. Bez trudu znaleźliśmy kolejnego "cierpiącego" trupa za barierą. Zaczęliśmy szukać, bardzo ostrożnie, kolejnego strażnika. Korytarze zakończyły się okrągłą, ziemną jaskinią z jednym wejściem. Na jej dnie leżały cztery szkielety a pod sufitem wisiało kilka kokonów w kształcie dzbanków. Gdy zbliżyliśmy się do szkieletów, by je zbadać, dzbanki przechyliły się, wypadające z nich robaki spadły na szkielety, pokryły je i szkielety wstały, po czym rzuciły się na drużynę. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Szkielet padał, kości się rozsypywały, robaki wylatywały, szkielet ożywał i rzucał się do walki. Marv i En przyjmowali na siebie ciosy całej czwórki, Mirim uciekła do korytarza a Harag, nieudanie, szarżował. Gdy En padła martwa, oprzytomniała wspomagana magią i znów padła martwa, truta przez robaki, szkielety pokonały i Marva uśmiercając go i także próbując zatruć. Magia wojownika okazała się silniejsza, ocknął się, wyrwał martwe ciało En z łap szkieletów i uciekł z jaskini ostatkiem sił. Dopiero patrząc na dramat towarzyszy Mirim poszła po rozum do głowy i wypuściła wybuchającą strzałę. Jaskinia pokryła się ogniem na kilka sekund, dzbanki zostały spopielone, podobnie jak robactwo i na placu boju zostały tylko martwe szkielety. Zastanawiam się czasem, czy gdybym była wtedy z nimi, moi towarzysze nie odnieśliby aż takich ran. Ale tego już się nie dowiem.

Na kościach jednego ze szkieletów znaleźliśmy kolejne dwa wersy, tym razem w krasnoludzkim:

"Pan milionów
Zamknięty na wieki"

Ponownie rozproszenie bariery i uwolnienie trupa nie nastręczyły nam trudności. Dołączyłam do towarzyszy, gdy znaleźli miejsce na odpoczynek. Sama czuwałam nad nimi przez całą noc, by rany się zagoiły. Wtedy, po raz pierwszy, miałam okazję poznać owe krwiożercze myszki, na szczęście moja płonąca laga skutecznie je odstraszyła. Marv uparł się, że będzie ze mną wartował, ale wyczerpany ranami, wsparł się siedząc na jakimś konarze i zasnął. Nie budziłam go. Niezbyt wygodnie, ale przespał do rana.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-01, 22:50   

Trzecia pieczęć - niezwykłe spotkanie


Dwa dni zajęło moim towarzyszom całkowite wyleczenie się z ran. Uznaliśmy, że jest to lepszy pomysł, niż chodzenie po labiryncie w bandażach. Trzeciego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Mirim wyznaczała trasę a nam nie pozostawało nic innego, jak zaufać jej instynktom. W pewnym momencie naszą uwagę przykuły plamy krwi, nieco z boku naszego szlaku. Po zbadaniu śladów okazało się, że krew należy do zwierzęcia zabitego przez dużego węża, bardzo dużego węża... Poszliśmy za kropelkami krwi i trafiliśmy do dziwnego miejsca. Otworzyła się przed nami ścieżka. Zwykła, piaszczysta ścieżka w szpalerze dość zwyczajnie wyglądających drzew, tworzących nad nią baldachim zieloności. Na końcu ścieżki były drzwi. Równie zwyczajne jak ścieżka, drewniane drzwi. Stałam pośrodku ścieżki i patrzyłam lekko zdumiona. Nieco wcześniej zauważyłam sylwetkę chyba elfa, który wszedł do środka, za nim coś wielkiego prześlizgnęło się w ciemnościach. Przyjrzałam się drodze i bez trudu dostrzegłam zamaskowane na niej pułapki. Błyskawicznie podjęłam decyzję i, modulując głos talentem, krzyknęłam:

- Halo. Witajcie. Przychodzimy w pokoju. Jest tam ktoś?

Przez chwilę nic się nie działo a potem drzwi uchyliły się powoli. Wyszedł z nich krwawy elf w bardzo prostych szatach.

- Witaj - zakrzyknęłam znowu. - Jestem Auraya Płomiennowłosa z drużyny Światło Nadziei, podróżujemy po puszczy na zlecenie dworu elfów. Może będziesz w stanie nam pomóc, bo chyba się zgubiliśmy?
- Zaczekajcie chwilę.

Elf odwrócił się do środka i wypowiedział szeptem kilka słów. Usłyszałam jakieś szmery i zgrzytnięcia, potem elf odwrócił się do nas.

- Idźcie bokiem - nakazał.

Ruszyliśmy i już po chwili staliśmy przy drzwiach.

- Czego szukacie - spytał nasz rozmówca?

W skrócie opowiedziałam mu, co wiemy, o Czarnej Pani, pieczęciach i dziwnym budynku.

- Pomogę Wam. Wiem, gdzie zdążacie i do jednego z tych miejsc mogę Was zaprowadzić. Zaproszę Was do mego domu, ale pod pewnymi warunkami.

Tak oto przysięgliśmy, że "nigdy nas tu nie było", w zamian elf zaprowadził nas do miejsca, z którego prosta droga prowadziła do trzeciej pieczęci. Ostrzeżeni, że pieczęć kryje coś oślizgłego zagłębiliśmy się w dużą dziurę w ziemi.

Korytarze, jak korytarze, dużych emocji w nas nie wzbudziły. Zaczynam przywykać do ziemi wokoło i wszechobecnego braku światła słonecznego. Dokładnie badaliśmy każdą odnogę. Pewna studnia przysporzyła nam sporo radości, gdyż odkryłam w niej garnek ze złotem! Zwykły, gliniany garnek, wypełniony był dziwnymi monetami, z wizerunkiem czterolistnej koniczyny z jednej strony i tęczy z drugiej. Zanim Harag z Marvem zdołali wymamrotać coś o klątwach i podejrzeniach złoto było już upchnięte w mojej i Mirim torbie. W końcu przestrzeń astralna, nie zdradziła żadnych mrocznych sekretów owych monet. Dalszy rekonesans doprowadził nas do wielkiej jaskini. Jej dno pokrywała głęboka warstwa wody, z której gdzieniegdzie wystawały spore głazy a na środku stał prosty, kamienny budynek. Badając jaskinię dostrzegłam w dnie dziwne dziury. Staliśmy tam dość długo, zastanawiając się co dalej i rozmawiając, a że nic się nie działo w tym czasie Harag wzbił się na gryfie i ruszył w kierunku domku. Mirim, na dywanie, oblatywała go z drugiej strony. Harag obniżył lot tak, że gryf wzburzył wodę. Wtedy się zaczęło. Z tafli wyskoczyły macki i próbowały chwycić gryfa, a że oboje z Haragiem byli zaskoczeni, w końcu im się udało. Wypuściłam rykoszet a En próbowała odsyłać i okazało się, że stworzenia te składają się z jakiegoś ciała (głowy) i jednej długiej macki, tych zaś były dziesiątki. Gryf chlupnął do wody. Marv skoczył na jeden z głazów i próbował dosięgnąć Haraga, żeby go wyciągnąć. Mirim zaczęła strzelać do macek a En wpadła na pomysł, by zrobić z siebie dowódcę widocznych jej zwierzaków i po chwili stanowiła malowniczy widok, pływając w kółko ze sporą ilością macek pływających w kółko za nią. Poleciałam do Marva tkając wątek do skrzeli. Rzuciłam je na niego i zobaczyłam, jak gryf i Harag zniknęli pod taflą wody.

- Spuść linę z kryształem - krzyknął Marv i skoczył za nimi.
- Mirim pomóż - zawołałam.

Łuczniczka znalazła się koło mnie. Przywiązałam kryształ do liny i zrzuciłam w wodę.

- Trzymaj drugi koniec jakby Marv nie mógł wyjść - nakazałam i powróciłam do tkania.

To, co działo się pod wodą opisał mi później Marv. Spadł na samo dno i odszukał Haraga. Ten, trzymany przez cztery macki ze wszystkich sił starał się oswobodzić. Marv poodcinał macki i pchnął orka w górę. Następnie zajął się oswobodzeniem gryfa. Gdy zwierze ruszyło w stronę tafli znów wrócił do Haraga - ork nic nie widząc, nie mógł znaleźć drogi do powierzchni.

Najpierw zobaczyłam gryfa. Wątek był gotowy, więc wrzuciłam mu skrzela. Niestety chyba miał uszkodzone skrzydło bo bardzo nieporadnie pływał wokół własnej osi, co chwilę zanurzając się pod wodę.

- En! Pomóż mi - zawołałam.

Uspokajając zwierzaka, próbowałam go holować w stronę najbliżej skały. W końcu pojawiła się En i, z pomocą Mirim, wtaszczyłyśmy cielsko na skałę. Chwilę później wynurzył się Harag i dopłynął do nas bez problemu a po nim znalazł się i Marv. Zmęczeni i lekko ranni przetransportowaliśmy się, już bez przygód, na kamienny domek, który okazał się być dość sporym i solidnym budynkiem. Szczęściem skrzydło gryfa okazało się tylko nadwyrężone i wystarczył lekki opatrunek z odpowiednich maści.

Na dachu odkryłam właz. Drewniana klapa z metalowymi okuciami trzymała się całkiem mocno i dopiero argument siły w wykonaniu Marva otworzył nam drogę do środka. Budynek okazał się studnią, na dole zalaną czyściutką wodą, w której pływały maleńkie rybki. Bez problemu przepłynęliśmy niedługi korytarz prowadzący z dna studni w bok. Naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Staliśmy w czymś, w rodzaju bardzo wysokiego korytarza. Tyłem do nas stało stworzenie. Wielkie, zdecydowanie martwe. Przypominało pająka z tułowiem człowieka. Przy jego przednich nogach leżały dwa skrzyżowane sejmitary, stare i pordzewiałe. Gdy obejrzeliśmy go z przodu przeszedł nas dreszcz - twarz miał dziwnie zdeformowaną i naprawdę przerażającą. Długi korytarz prowadził dalej. W pewnym jego miejscu odkryłam magiczne znaki, których żadne z nas nie było w stanie rozpoznać. Ruszyłam powoli przed siebie, badając każdy kawałeczek korytarza. Dość długo szłam i nie wiem jakby się to skończyło, gdyby nagle Harag nie krzyknął, że mam się natychmiast cofnąć. Szybko wróciłam. Gdy tylko minęłam magiczne znaki poczułam jak opuszczają mnie siły. Nigdy wcześniej nie czułam się tak potwornie osłabiona, zmęczona. Cofnęłam się, oparłam o ścianę i osunęłam na podłogę.

- Auraya! Co się dzieje - En szybko znalazła się przy mnie? - O matko! Masz siwe włosy!
- Co?! - błyskawicznie wygrzebałam z torebki lusterko, wciąż siedząc na podłodze. - O wszystkie Pasje! - jęknęłam. W moich pięknych, rudych włosach, pojawiło się szerokie, bielusieńkie pasmo!
- Przynajmniej zmarszczek nie masz - pocieszyła mnie En.

Skrzywiłam się tylko. Zaczęliśmy się zastanawiać, co to, u licha, jest? Marv obejrzał sejmitary. Okazało się, że nie są to zwykłe miecze. Iluzja ukrywała piękną broń z półprzezroczystego, czarnego kryształu. Jelce były pięknie rzeźbione i miały dziwne wypustki, które aż kusiły, by przycisnąć do nich kciuki i obdarzyć broń swoją krwią. Sejmitary były w jakiś sposób połączone z owymi znakami na ścianie. Gdy zmęczenie minęło pozbierałam się z podłogi i podjęłam jeszcze jedno ryzyko - przeleciałam nad znakami w głąb korytarza, wróciłam i nic się nie zmieniło. Przeszliśmy więc po sieciach nad czarem i zbadaliśmy resztę korytarza. Jak się można było spodziewać, znaleźliśmy trupa. Niestety - ani śladu strażnika.

Uważam, że w głupich pomysłach nasza drużyna zdecydowanie prowadzi. Marv, z nudów chyba, postanowił nakłuć kciuki sejmitarami i tak właśnie zrobił. Położył palce na wypustkach jelców i nacisnął. Końcówki owych wypustek odłamały się i wniknęły mu pod skórę. Wtedy właśnie Marv doznał wizji: wielka jaskinia całkowicie zalana wodą, masa robotników, wybierająca wodę, jakby starali się osuszyć jaskinię, nagle pojawia się gigantyczny wąż i zabija robotników. Dziwna postać tworzy w menzurkach stworzenia o małej głowie i jednej długiej macce. Człowiek-pająk nakazuje je wpuścić do wody w jaskini. Ta sama jaskinia, poziom wody zmniejszył się, na środku robotnicy otwierają właz do studni, człowiek-pająk znika w otworze. Wizja się urwała.

Wszyscy byliśmy zgodni, że wąż musiał być strażnikiem tej pieczęci. Tylko gdzie jest teraz? Wróciliśmy na szczyt studni, gdzie cierpliwie czekał gryf. Uparłyśmy się z Mirim, żeby przeszukać dno. Tylko jak? Woda mętna, dno pokryte mułem i jeszcze masa dziwacznych stworzeń. Zrezygnowana zaczęłam przeglądać dno spojrzeniem astralnym. Natrafiłam w końcu na coś ciekawego - na dnie leżał przedmiot przypominający wręgi łodzi. Pokazałam je Mirim. Uparłyśmy się, żeby je wyciągnąć z dna ale jakoś nam nie wychodziło. W pewnym momencie Haraga dopadło olśnienie, że to, co wydawało się wręgami może być żebrami wielkiego węża. Dopiero wtedy panowie rzucili się nam do pomocy i po połączeniu wysiłków udało nam się wywlec ogromny szkielet na suchy ląd. Na kościanych wypustkach nad oczami tkwiły metalowe nasadki a nich upragnione słowa w języku elfów:

"Schowani w ciemnościach
Czekam, by znów tworzyć"

Kolejna pieczęć zdjęta. Ruszamy w dalszą drogę.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-01, 22:50   

Trzecia pieczęć - niezwykłe spotkanie


Dwa dni zajęło moim towarzyszom całkowite wyleczenie się z ran. Uznaliśmy, że jest to lepszy pomysł, niż chodzenie po labiryncie w bandażach. Trzeciego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Mirim wyznaczała trasę a nam nie pozostawało nic innego, jak zaufać jej instynktom. W pewnym momencie naszą uwagę przykuły plamy krwi, nieco z boku naszego szlaku. Po zbadaniu śladów okazało się, że krew należy do zwierzęcia zabitego przez dużego węża, bardzo dużego węża... Poszliśmy za kropelkami krwi i trafiliśmy do dziwnego miejsca. Otworzyła się przed nami ścieżka. Zwykła, piaszczysta ścieżka w szpalerze dość zwyczajnie wyglądających drzew, tworzących nad nią baldachim zieloności. Na końcu ścieżki były drzwi. Równie zwyczajne jak ścieżka, drewniane drzwi. Stałam pośrodku ścieżki i patrzyłam lekko zdumiona. Nieco wcześniej zauważyłam sylwetkę chyba elfa, który wszedł do środka, za nim coś wielkiego prześlizgnęło się w ciemnościach. Przyjrzałam się drodze i bez trudu dostrzegłam zamaskowane na niej pułapki. Błyskawicznie podjęłam decyzję i, modulując głos talentem, krzyknęłam:

- Halo. Witajcie. Przychodzimy w pokoju. Jest tam ktoś?

Przez chwilę nic się nie działo a potem drzwi uchyliły się powoli. Wyszedł z nich krwawy elf w bardzo prostych szatach.

- Witaj - zakrzyknęłam znowu. - Jestem Auraya Płomiennowłosa z drużyny Światło Nadziei, podróżujemy po puszczy na zlecenie dworu elfów. Może będziesz w stanie nam pomóc, bo chyba się zgubiliśmy?
- Zaczekajcie chwilę.

Elf odwrócił się do środka i wypowiedział szeptem kilka słów. Usłyszałam jakieś szmery i zgrzytnięcia, potem elf odwrócił się do nas.

- Idźcie bokiem - nakazał.

Ruszyliśmy i już po chwili staliśmy przy drzwiach.

- Czego szukacie - spytał nasz rozmówca?

W skrócie opowiedziałam mu, co wiemy, o Czarnej Pani, pieczęciach i dziwnym budynku.

- Pomogę Wam. Wiem, gdzie zdążacie i do jednego z tych miejsc mogę Was zaprowadzić. Zaproszę Was do mego domu, ale pod pewnymi warunkami.

Tak oto przysięgliśmy, że "nigdy nas tu nie było", w zamian elf zaprowadził nas do miejsca, z którego prosta droga prowadziła do trzeciej pieczęci. Ostrzeżeni, że pieczęć kryje coś oślizgłego zagłębiliśmy się w dużą dziurę w ziemi.

Korytarze, jak korytarze, dużych emocji w nas nie wzbudziły. Zaczynam przywykać do ziemi wokoło i wszechobecnego braku światła słonecznego. Dokładnie badaliśmy każdą odnogę. Pewna studnia przysporzyła nam sporo radości, gdyż odkryłam w niej garnek ze złotem! Zwykły, gliniany garnek, wypełniony był dziwnymi monetami, z wizerunkiem czterolistnej koniczyny z jednej strony i tęczy z drugiej. Zanim Harag z Marvem zdołali wymamrotać coś o klątwach i podejrzeniach złoto było już upchnięte w mojej i Mirim torbie. W końcu przestrzeń astralna, nie zdradziła żadnych mrocznych sekretów owych monet. Dalszy rekonesans doprowadził nas do wielkiej jaskini. Jej dno pokrywała głęboka warstwa wody, z której gdzieniegdzie wystawały spore głazy a na środku stał prosty, kamienny budynek. Badając jaskinię dostrzegłam w dnie dziwne dziury. Staliśmy tam dość długo, zastanawiając się co dalej i rozmawiając, a że nic się nie działo w tym czasie Harag wzbił się na gryfie i ruszył w kierunku domku. Mirim, na dywanie, oblatywała go z drugiej strony. Harag obniżył lot tak, że gryf wzburzył wodę. Wtedy się zaczęło. Z tafli wyskoczyły macki i próbowały chwycić gryfa, a że oboje z Haragiem byli zaskoczeni, w końcu im się udało. Wypuściłam rykoszet a En próbowała odsyłać i okazało się, że stworzenia te składają się z jakiegoś ciała (głowy) i jednej długiej macki, tych zaś były dziesiątki. Gryf chlupnął do wody. Marv skoczył na jeden z głazów i próbował dosięgnąć Haraga, żeby go wyciągnąć. Mirim zaczęła strzelać do macek a En wpadła na pomysł, by zrobić z siebie dowódcę widocznych jej zwierzaków i po chwili stanowiła malowniczy widok, pływając w kółko ze sporą ilością macek pływających w kółko za nią. Poleciałam do Marva tkając wątek do skrzeli. Rzuciłam je na niego i zobaczyłam, jak gryf i Harag zniknęli pod taflą wody.

- Spuść linę z kryształem - krzyknął Marv i skoczył za nimi.
- Mirim pomóż - zawołałam.

Łuczniczka znalazła się koło mnie. Przywiązałam kryształ do liny i zrzuciłam w wodę.

- Trzymaj drugi koniec jakby Marv nie mógł wyjść - nakazałam i powróciłam do tkania.

To, co działo się pod wodą opisał mi później Marv. Spadł na samo dno i odszukał Haraga. Ten, trzymany przez cztery macki ze wszystkich sił starał się oswobodzić. Marv poodcinał macki i pchnął orka w górę. Następnie zajął się oswobodzeniem gryfa. Gdy zwierze ruszyło w stronę tafli znów wrócił do Haraga - ork nic nie widząc, nie mógł znaleźć drogi do powierzchni.

Najpierw zobaczyłam gryfa. Wątek był gotowy, więc wrzuciłam mu skrzela. Niestety chyba miał uszkodzone skrzydło bo bardzo nieporadnie pływał wokół własnej osi, co chwilę zanurzając się pod wodę.

- En! Pomóż mi - zawołałam.

Uspokajając zwierzaka, próbowałam go holować w stronę najbliżej skały. W końcu pojawiła się En i, z pomocą Mirim, wtaszczyłyśmy cielsko na skałę. Chwilę później wynurzył się Harag i dopłynął do nas bez problemu a po nim znalazł się i Marv. Zmęczeni i lekko ranni przetransportowaliśmy się, już bez przygód, na kamienny domek, który okazał się być dość sporym i solidnym budynkiem. Szczęściem skrzydło gryfa okazało się tylko nadwyrężone i wystarczył lekki opatrunek z odpowiednich maści.

Na dachu odkryłam właz. Drewniana klapa z metalowymi okuciami trzymała się całkiem mocno i dopiero argument siły w wykonaniu Marva otworzył nam drogę do środka. Budynek okazał się studnią, na dole zalaną czyściutką wodą, w której pływały maleńkie rybki. Bez problemu przepłynęliśmy niedługi korytarz prowadzący z dna studni w bok. Naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Staliśmy w czymś, w rodzaju bardzo wysokiego korytarza. Tyłem do nas stało stworzenie. Wielkie, zdecydowanie martwe. Przypominało pająka z tułowiem człowieka. Przy jego przednich nogach leżały dwa skrzyżowane sejmitary, stare i pordzewiałe. Gdy obejrzeliśmy go z przodu przeszedł nas dreszcz - twarz miał dziwnie zdeformowaną i naprawdę przerażającą. Długi korytarz prowadził dalej. W pewnym jego miejscu odkryłam magiczne znaki, których żadne z nas nie było w stanie rozpoznać. Ruszyłam powoli przed siebie, badając każdy kawałeczek korytarza. Dość długo szłam i nie wiem jakby się to skończyło, gdyby nagle Harag nie krzyknął, że mam się natychmiast cofnąć. Szybko wróciłam. Gdy tylko minęłam magiczne znaki poczułam jak opuszczają mnie siły. Nigdy wcześniej nie czułam się tak potwornie osłabiona, zmęczona. Cofnęłam się, oparłam o ścianę i osunęłam na podłogę.

- Auraya! Co się dzieje - En szybko znalazła się przy mnie? - O matko! Masz siwe włosy!
- Co?! - błyskawicznie wygrzebałam z torebki lusterko, wciąż siedząc na podłodze. - O wszystkie Pasje! - jęknęłam. W moich pięknych, rudych włosach, pojawiło się szerokie, bielusieńkie pasmo!
- Przynajmniej zmarszczek nie masz - pocieszyła mnie En.

Skrzywiłam się tylko. Zaczęliśmy się zastanawiać, co to, u licha, jest? Marv obejrzał sejmitary. Okazało się, że nie są to zwykłe miecze. Iluzja ukrywała piękną broń z półprzezroczystego, czarnego kryształu. Jelce były pięknie rzeźbione i miały dziwne wypustki, które aż kusiły, by przycisnąć do nich kciuki i obdarzyć broń swoją krwią. Sejmitary były w jakiś sposób połączone z owymi znakami na ścianie. Gdy zmęczenie minęło pozbierałam się z podłogi i podjęłam jeszcze jedno ryzyko - przeleciałam nad znakami w głąb korytarza, wróciłam i nic się nie zmieniło. Przeszliśmy więc po sieciach nad czarem i zbadaliśmy resztę korytarza. Jak się można było spodziewać, znaleźliśmy trupa. Niestety - ani śladu strażnika.

Uważam, że w głupich pomysłach nasza drużyna zdecydowanie prowadzi. Marv, z nudów chyba, postanowił nakłuć kciuki sejmitarami i tak właśnie zrobił. Położył palce na wypustkach jelców i nacisnął. Końcówki owych wypustek odłamały się i wniknęły mu pod skórę. Wtedy właśnie Marv doznał wizji: wielka jaskinia całkowicie zalana wodą, masa robotników, wybierająca wodę, jakby starali się osuszyć jaskinię, nagle pojawia się gigantyczny wąż i zabija robotników. Dziwna postać tworzy w menzurkach stworzenia o małej głowie i jednej długiej macce. Człowiek-pająk nakazuje je wpuścić do wody w jaskini. Ta sama jaskinia, poziom wody zmniejszył się, na środku robotnicy otwierają właz do studni, człowiek-pająk znika w otworze. Wizja się urwała.

Wszyscy byliśmy zgodni, że wąż musiał być strażnikiem tej pieczęci. Tylko gdzie jest teraz? Wróciliśmy na szczyt studni, gdzie cierpliwie czekał gryf. Uparłyśmy się z Mirim, żeby przeszukać dno. Tylko jak? Woda mętna, dno pokryte mułem i jeszcze masa dziwacznych stworzeń. Zrezygnowana zaczęłam przeglądać dno spojrzeniem astralnym. Natrafiłam w końcu na coś ciekawego - na dnie leżał przedmiot przypominający wręgi łodzi. Pokazałam je Mirim. Uparłyśmy się, żeby je wyciągnąć z dna ale jakoś nam nie wychodziło. W pewnym momencie Haraga dopadło olśnienie, że to, co wydawało się wręgami może być żebrami wielkiego węża. Dopiero wtedy panowie rzucili się nam do pomocy i po połączeniu wysiłków udało nam się wywlec ogromny szkielet na suchy ląd. Na kościanych wypustkach nad oczami tkwiły metalowe nasadki a nich upragnione słowa w języku elfów:

"Schowani w ciemnościach
Czekam, by znów tworzyć"

Kolejna pieczęć zdjęta. Ruszamy w dalszą drogę.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Kosmit 
Czeladnik VIII Kręgu
MG z wyboru


Wiek: 27
Dołączył: 26 Gru 2010
Posty: 428
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-02, 14:59   

Też w krwawej prowadzę ^^ Niezły wysyp :)
_________________
kosmitpaczy.pl
Zapraszam na mojego bloga.
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-03, 22:00   

Oby Twoja drużyna nie skończyła misji w takim stylu jak nasza... :-P
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-03, 22:30   

Czwarta pieczęć - koniec drogi?


Pytasz, Trubadurko, skąd ja, prosty ork, wziąłem się w Krwawej Puszczy? Otóż, odpowiem ci, przez głupotę. Dokładnie tak. Przyznaję się do tego, że rozum na chwilę nas opuścił. Jak to się stało? Banalnie. Przyjęliśmy prostą, zdawało się, robotę, ochrona kilku krasnoludów. Mieli maleńki statek powietrzny, kilku marynarzy i jakiś cenny przedmiot, który miał trafić z okolic Parlaint do Iopos. Ochranialiśmy ich podczas przekazania owego przedmiotu przez grupę poszukiwaczy przygód, potem załadowaliśmy się na statek i ruszyliśmy w drogę. Licho nas podkusiło, by sobie tą drogę skrócić i polecieć bezpośrednio nad Puszczą. Legendy głoszą, że elfy zazdrośnie strzegą swoich tajemnic i powiem ci, że jest to prawda. Nie wiem, w którym dokładnie miejscu las się upomniał o swoje prawa. Grunt, że nagle statkiem szarpnęło, coś łomotnęło o burty i podłogę i polecieliśmy w dół, z dużą prędkością, lotem koszącym, wpadliśmy między drzewa. Miotało mną po pokładzie ale miałem dużo szczęścia. Kiedy się ocknąłem kawałki statku leżały pogruchotane pomiędzy drzewami. Ktoś gdzieś jęczał. Podniosłem się i aż mi dech odjęło i czerwono się zrobiło przed oczami - pogruchotałem sobie żebra. Z całej załogi ocalało dwóch żeglarzy, krasnoludów przeżyło trzech, w tym jeden głosiciel Garlen, Pasjom niech będą dzięki! a z mojego, dziesięcioosobowego oddziału pozostało sześciu orków. Opatrzyliśmy rany, jak się dało najlepiej, i radziliśmy co począć ze sobą dalej. Nie było innego wyjścia, jak tylko ruszyć przez las, z nadzieją, że w końcu wyjdziemy na przyjaźniejszy grunt. Ruszyliśmy więc, kompletnie nie mając pojęcia czy idziemy w dobrym kierunku. Szliśmy długo i kilka razy daliśmy odpór dzikim zwierzętom. Kiedy, w kolejnej potyczce, straciliśmy ocalałych z katastrofy żeglarzy, krasnoludy wpadły w histerię i odmówiły dalszego marszu. Na nic zdały się tłumaczenia, że siedzenie w miejscu nie jest bezpieczniejsze. Uparli się, że znajdą jakąś jamę i tam rozłożą się obozem aż znajdzie nas ktoś, o przyjaźniejszych niż krwawe małpy, zamiarach. Jak powiedzieli tak zrobili. Znaleźli coś na kształt jamy. Po bliższym zbadaniu okazało się, że prowadzi ona w głąb, jakby pod poszycie lasu. Odkryliśmy podziemny labirynt. Dyskutowaliśmy właśnie, czy wejść do środka, gdy przed nami pojawił się elf. Podszedł nas bezszelestnie. Nie był kolczasty a i tak sprawiał wrażenie martwego. Powiedział, że wtargnęliśmy na teren Czarnej Pani i mamy pójść za nim, inaczej zginiemy zanim zdążymy wypowiedzieć nasze imiona. Nie myśl sobie, że ja czy moi towarzysze jesteśmy tchórzami. Zwłaszcza, że broni trochę mięliśmy a elf był sam. Ale powiem ci, że w jego postaci było coś takiego, co kazało nam posłuchać. Poszliśmy za nim w ciemność i trafiliśmy do Niej.

Nigdy wcześniej nie widziałem takiej elfki. Nie miała kolców. Jej skóra była atramentowo czarna a rysy twarzy przypominały mi rysunki kobiet z dalekich, wschodnich krain. Miała na sobie piękne, bogate szaty a z jej każdego ruchu biła królewska pewność siebie. Jaskinia, w której mieszkała była rajskim miejscem. Dokładnie to była to taka jakby kotlina, otoczona strzelistymi skałami, na błękitnym niebie świeciło ciepłe słońce, stąpaliśmy po zielonej trawie a wokoło rosły drzewa uginające się pod owocami. Kilka krwawych elfów siedziało na kocu, szepcząc coś do siebie i popatrując na nas ciekawie. Z ukrytej między drzewami altanki płynęła muzyka. Potężna magia musiała stworzyć to miejsce.

Czarna Pani oznajmiła nam, że naruszyliśmy jej teren i musimy to odpracować. Obiecała nas uleczyć a w zamian zażądała służby. Cóż mięliśmy robić? Zgodziliśmy się. Faktycznie pomogła nam. Jaskinię opuściliśmy zupełnie zdrowi i pełni energii. Od tej pory mieszkaliśmy w korytarzach niedaleko owego miejsca i wypełnialiśmy różne misje dla owej elfki. I tu dochodzę do momentu, który tak cię interesuje, do spotkania Światła Nadziei. Przyznam, że wcześniej słyszałem sporo o tej drużynie, choć były to opowieści trubadurów, w które, z całym szacunkiem, trudno wierzyć bezkrytycznie. Jednak wiele jest w nich prawdy. Ale nie uprzedzajmy faktów. Pewnego dnia dostaliśmy rozkaz udania się do silnie strzeżonego miejsca. Czarna Pani dowiedziała się, że w labiryncie kręci się drużyna adeptów, która przeżyła już kilka tygodni w niezmienionym składzie, i zbliża się do siedziby elfki. Zaniepokoiło ją to nie na żarty, więc kazała nam znaleźć drużynę i zabić jej członków. Przestraszyła nas, że działają oni na zlecenie Dworu Elfów i jeśli ją znajdą wszyscy zginiemy. Poszliśmy więc. Znaliśmy miejsce, do którego zdążali, więc byliśmy tam przed nimi. Powinienem był się im przyjrzeć, ale chciałem mieć to już za sobą, więc zaatakowaliśmy. Naprzeciw nas stanął czarny ork na ogromnym dzikim gryfie i zakrzyknął, że chce pertraktować. Normalnie pewnie bym go wyśmiał i spróbował zabić, ale ten gryf... Szybko kojarzę fakty. Kawalerzyści z mojego plemienia nie raz zachwycali się dzikimi gryfami z dżungli, jednocześnie twierdząc, że bestie nikomu nie dają się dosiąść. Tymczasem ten, niepozorny ork, siedział w siodle na takim właśnie gryfie i, najwyraźniej był z nim bardzo związany. Zawahałem się i podjąłem rozmowę. Z perspektywy czasu wiem, że to była dobra decyzja. Opowiedzieli nam swoją historię podróży przez Puszczę a ja opowiedziałem im naszą. Złożyliśmy elfce przysięgę, że na jej temat będziemy milczeć, więc nie powiedziałem im, z kim mają do czynienia. Zresztą, byli pochłonięci misją i nawet nie pytali. Pytasz, jacy są? Powiem ci pokrótce.

Dowódcą drużyny był człowiek, Wojownik. Wzrostu tak z metr siedemdziesiąt, łysy i bez zarostu. Nosił zbroję płytową z hełmem o wielkim, kolorowym pióropuszu i posługiwał się toporem. Bardzo sprawnie zresztą. Tak, dobrze zgadłaś, to Maruvil Dalbar. Wydał mi się trochę cyniczny i wycofany, ale toporem władał mistrzowsko.

Harag, czarny ork, Kawalerzysta i Zbrojmistrz. Postać tak charakterystyczna, że trudno pomylić go z kimś innym. Nie wiem czemu, ale żywi sobie upodobanie do jaskrawych kolorów. Wszędzie prowadza ze sobą gryfa i jest strasznie gadatliwy.

Elfia Łuczniczka, Mirim, nie przyciągnęła zbytnio mojej uwagi. Przyznam, że wszystkie elfy wyglądają dla mnie tak samo. Jedyne, co rzucało się w oczy to piękny łuk, który ze sobą miała, czasami jakby spowity przez błyskawice.

En. Ta ludzka kobieta przyciągnęła nasze spojrzenia, a nawet spojrzenia krasnoludów. Władczyni Zwierząt była tak śliczna i miła, że każdy patrzył na nią z podziwem. Ciemne włosy miała nierówno przycięte, ozdabiały je pióra różnych ptaków. Okrywała się płaszczem z espagry i otaczała zwierzakami.

Zaskoczyła mnie osobowość wietrzniaczki. Auraya, jak na przedstawicielkę tej rasy, była naprawdę malutka, niecałe czterdzieści centymetrów wzrostu, i mało ruchliwa, jeśli rozumiesz co mam na myśli. Burza ogniście rudych włosów i czerwono złote, jakby płonące skrzydła, sprawiły, że skojarzyła mi się z żywym płomieniem. Za to spojrzenie miała chłodne i rozważne. Mistrzowie Żywiołów na pewno są dumni z posiadania w swoich szeregach tej małej istotki.

Krasnoludy z miejsca wykorzystały okazję i poprosiły o pomoc w wydostaniu się z Puszczy i, ku mojemu zdumieniu, drużyna bez zastanowienia zgodziła się. Od tej pory nie odstępowaliśmy ich na krok.


Czwarta pieczęć trochę nas zaskoczyła. Kompleks jaskiń, do którego dotarliśmy, był dużo większy niż poprzednie, więc nie sposób było je wszystkie zbadać. Szliśmy trochę na oślep. W jednym z korytarzy dostrzegliśmy Dawców Imion, ale szybko umknęli przed nami. Kilka kroków dalej kolejna niespodzianka - grupa orków i krasnoludów wyskoczyła na nas próbując nas zabić. Przytomny i charyzmatyczny Harag z miejsca ich zagadał. Okazało się, że służą Czarnej Pani, w zamian za uratowanie życia, ale chętnie skorzystaliby z okazji i wynieśli się. Harag zapewnił ich, że wyprowadzimy całą grupę bezpiecznie z labiryntu, ale mają nas, bez szemrania, słuchać. Przystali na to i ruszyli z nami. Podpowiedzieli nam, gdzie znajduje się miejsce, którego szukamy.

Korytarz kończyła niewielka jaskinia. Naprzeciwko wejścia było widać przejście w głąb, zawalone kamieniami i zabarykadowane. Przejścia strzegły cztery istoty, dziwnie zmodyfikowane i raczej niebezpieczne. Gdzieniegdzie widać było służących noszących kamienie. Nie mięliśmy zbytnio ochoty na walkę, wciąż lekko ranni. Mirim wzięła łuk, pomknęła strzała i jaskinią wstrząsnął wybuch. Gdy kurz opadł nie było czego zbierać. Nie chciałabym jej mieć jako swojego wroga...

Grunt, że znaleźliśmy ostatnią pieczęć. Nie tego, jednak, się spodziewaliśmy. Łańcuchy były zerwane, trup łypał na nas ze stropu wysokiej jaskini a po strażniku została tylko kupka kości. Istota nie zainteresowała się nami w najmniejszym stopniu. Dopiero, gdy En zacytowała jeden z wersów rozpraszających zaklęcia, trup zeskoczył, podbiegł do niej i zapytał mocno i wyraźnie "TY?" Nie muszę chyba dodawać, że En natychmiast zaprzeczyła. Trup wrócił na strop.

Obejrzeliśmy resztki strażnika. Musiał to być troll lub obsydianin, sądząc po wielkości szkieletu. Na czaszce znaleźliśmy ślad po czymś w rodzaju diademu, ale po samym przedmiocie nie było śladu. Marv zaczął przebąkiwać, że może dogadałby się jakoś z trupem, może on coś wie, może to duch a nie trup... Zirytowałam się. Wstałam, zacytowałam dwa wersy a kiedy istota podeszła i spytała "TY?" pokręciłam przecząco głową i odrzekłam "Nie ja. On." wskazując na Marva. Harag zachichotał za moimi plecami a martwiak przeniósł swoją uwagę na wojownika i znów zadał pytanie. "Tak ja" odpowiedział Marv poprawiając topór. Trup wyciągnął rękę i spojrzał pytająco. Marv zastanowił się chwilę po czym wyjął z torby miedziaka i położył na wyciągniętej dłoni trupa. Ten spojrzał na monetę a potem na Marva, z miną świadczącą o kompletnym niezrozumieniu gestu wojownika. Marv dołożył jeszcze dwa miedziaki. Istota spojrzała na nie ponownie, rzuciła je na ziemię i wróciła na sufit. Po burzliwej dyskusji Maruvil przywołał go jeszcze raz, wyjął z torby oczy jaszczura błyskawic i podał istocie. Ta chwyciła je gorliwie, wetknęła sobie w głowę i na naszych oczach zaczęła się przemieniać, rosnąć i jakby pęcznieć. Marv podawał mu kolejne części. Po każdej z nich z zasuszonych zwłok powstawał na naszych oczach golem. Zabrakło jednej części. Domyśliliśmy się, że chodzi o obręcz. Wspólnymi siłami, zadając jak najprostsze pytania uzyskaliśmy od golema informacje, że strażnika zabił wielki krab. Wtedy przypomniało nam się, że faktycznie po drodze widzieliśmy kilka dużych krabów, jeden nawet próbował nas zaatakować. Ruszyliśmy więc na ich poszukiwanie a golem, nagle podejrzanie lojalny w stosunku do Marva, poszedł za nami.

Znalezienie krabów nie nastręczyło nam problemu. Trafiliśmy po ich śladach do jaskinki, gdzie miały swoje kryjówki. Na jej środku wisiała platforma, na której znalazłam szczątki elfa. Sądząc po rysunkach na pancerzach krabów musiał być ich panem. Nigdzie ani śladu obręczy. Kręciliśmy się po korytarzach aż w końcu Mirim dostrzegła jakby błysk metalu. Zbliżyliśmy się nieco i zobaczyliśmy srebrną obręcz wbitą w wielki kamień. Zastanawialiśmy się jak ją wyciągnąć, gdy kamień poruszył się i gigantyczny krab, którym był w rzeczywistości, rzucił się na stojącego z przodu Marva. Wojownik zebrał pierwsze ciosy, zanim zdążyliśmy zareagować. Zakrwawiony Marv krzyknął "Chroń mnie" więc golem chwycił go, przytulił do siebie i błyskawicznie zawisł z nim na suficie. Samotnie stojąca przed krabem En jęknęła. Na szczęście naszej kolejki krab nie był w stanie przeżyć. Gdy Marv stanął ponownie na twardym gruncie było już po walce. Schował obręcz i wróciliśmy do jaskini, z której pochodził golem. Ostatnie dwa wersy w języku elfów brzmiały:

"Nie dam mu ożyć
To co błyszczy to cię zniszczy"

Spowodowałyby one, zapewne, unicestwienie golema toteż, kiedy Marv zaczął rzucać zaklęcie, wkurzony golem natarł na niego. To była chyba najkrótsza walka, jaką widziałam przez ostatnie kilka tygodni... W kilka sekund Wojownik padł nieprzytomny. Golem wziął obręcz, włożył sobie na głowę, przemienił się do końca i wyszedł.

Rozłożyliśmy się obozem w opustoszałej jaskini. Wejścia zabezpieczyłam ziemnymi ścianami, opatrzyliśmy się i postanowiliśmy odpocząć aż do pełnego wyzdrowienia. Po ostatniej pieczęci czekało na nas ZŁO ukryte w tajemniczej budowli w sercu labiryntu - nie mogliśmy iść tam ranni.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-05, 21:45   

Grobowiec


Wędrując ku środkowi labiryntu w poszukiwaniu tajemniczej budowli byliśmy świadkami dziwnego obrzędu. System korytarzy doprowadził nas do sporej jaskini, pośrodku stał wielki rubin, otoczony lustrami. W pewnej chwili do środka wszedł krwawy elf w towarzystwie dziwnego stworka, przypominającego nieco psa oraz ożywionych, pół metrowej wysokości, kandelabrów. Podszedł do rubinu, zbliżył do niego dłonie i zapytał "Gdzie są dzieci smoków?" Rubin zaczął przyciągać jego dłonie a elf, z wielkim wysiłkiem, powoli je oderwał. Następnie ponowił pytanie. Kamień jeszcze mocniej przyciągnął dłonie i jeszcze większy wysiłek musiał włożyć elf, by je oderwać. Parsknął niezadowolony i zwrócił się do rubinu ostatni raz "Powiedz Pani, że potrzebujemy więcej Dawców Imion, kończy się tłuszcz na świece." Te słowa spowodowały o wiele większe ciarki na moich plecach niż widok szalenie skomplikowanego wzorca, w który ledwo udało mi się wejrzeć...

Gdzieś z tyłu ktoś stuknął w ścianę lub posadzkę. Elf poderwał głowę, spojrzał w naszą stronę i ruszył do korytarza. Bez słów rzuciliśmy się do ucieczki. Zwolniliśmy dopiero, gdy dotarliśmy do wyjścia z korytarzy i upewniliśmy się, że nikt nas nie goni. Smokowiec. To jedyne co przyszło nam do głowy. Mirim wspomniała o Alamaise, Zgubie Elfów, smoku, który zabił królową Faillę, i który postawił sobie za cel władać Krwawą Puszczą. Jeśli to jego Smokowca właśnie widzieliśmy, trzeba koniecznie powiadomić o tym Strażnika Krwi Olivandera.

Tymczasem ruszyliśmy dalej. Niecałą godzinę drogi od miejsca docelowego, znalazłam dogodne miejsce, postawiłam roślinne schronienia i przykazaliśmy orkom i krasnoludom ukryć się w nich i czekać na nasz powrót.

Budynek znaleźliśmy bez problemu. Kamienny, niewielki, z jednymi drzwiami, stał pod metalową kratownicą, na środku sporej polany. Otaczało ją dwanaście wielkich, kamiennych głów. Wraz z Mirim zaczęłyśmy badać polanę. Ze zdumieniem odkryłyśmy, że na każdej głowie są po dwa glify strażnicze, przywołujące łucznika a także cała kratownica pokryta jest glifami, tak od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Ktokolwiek został pochowany w tym grobowcu stanowił ogromne zagrożenie, skoro aż tak obwarowano miejsce pochówku... Na polanie nie było żadnego śladu bytności zwierząt czy Dawców Imion a wokoło panowała martwa cisza. Uradziliśmy, że nie będziemy ryzykować uruchomienia glifów, więc na zwiad udałam się sama jako ziemny Quwril. Grobowiec okazał się dużym, kwadratowym pomieszczeniem, pośrodku stał sarkofag a na każdej ścianie widniał jakiś glif. Podłoga w jednym miejscu zapadła się, podmyta przez podziemną rzekę (w której się prawie utopiłam...), ale sam sarkofag nie został naruszony. Wróciłam do towarzyszy. Mięliśmy straszny dylemat. Według zapisków zdjęcie pieczęci powinno obudzić albo przywołać zło właśnie do tego miejsca, tymczasem nie było tu żadnego zła. Nie licząc trupa w sarkofagu, który, za życia, musiał komuś nieźle dać w kość... Marv i Mirim uparli się, żeby wejść do komnaty grobowej i przekonać się na własne oczy, czy wszystko w niej jest w nienaruszonym stanie. Zaryzykowaliśmy więc wyczerpanie i poszliśmy przestrzenią astralną. Wnętrze budynku okazało się prawdziwym labiryntem: korytarz, drzwi, korytarz, drzwi, korytarz, drzwi... i tak aż do samej komnaty z sarkofagiem, a w każdym korytarzu po kilka glifów. Ktoś się napracował.

Trumna stała sobie nietknięta. Nie otwieraliśmy jej, nikt nie chciał zaryzykować. Wyszliśmy i wróciliśmy, niezadowoleni do towarzyszy, zostawionych w schronieniach.

Jeden z orków czekał na nas wcześniej i od razu oznajmił, że mamy gościa. Przed jednym ze schronień leżał nieprzytomny krwawy elf, miał sporego guza na głowie, obok leżał bukiet kwiatów.

- Co tu się, u licha, stało - zapytałam i podleciałam sprawdzić, w jakim stanie jest nasz "gość."
- Ano - zaczął ork, - zaskoczył nas. Wylazł z krzaków prosto na nas. No to ja go w łeb. Nie wiadomo kto to i czego tu szuka.
- Raz w łeb - doprecyzowałam, patrząc na rozcięcie na skroni?
- No... Dwa razy dostał. Tak dla pewności.
- Ja jestem głosicielem Garlen - odezwał się jeden z krasnoludów. - Mogę mu pomóc.
- Bardzo proszę - odpowiedziałam.

Na wszelki wypadek związałam porządnie ręce i nogi elfa. Krasnolud użył swojej mocy i elf się ocknął. Natychmiast go uspokoiłam i przeprosiłam. Poprosiłam też o wyjaśnienie skąd się wziął w tej okolicy. Okazał się dość pomocny. Na imię miał Trzy Pięści i pochodził z wioski Trzy Kolorowe Liście, której gościem była niedawno Mirim. Szedł z kwiatami na grób żony. Zapytałam go o grobowiec, który znaleźliśmy. Opowiedział, że pochowana jest tam Ella Zaklęta, elfi generał jeszcze sprzed pogromu. Czemu grób jest tak mocno strzeżony tego elf nie wiedział. Gdy był już wolny i opatrzony pouczyłam go, że kwiatów nie należy zrywać, bo zabija się ich piękno, podarowane przez Jaspree. Może je przecież na grobie zasadzić i tylko chodzić podlewać. Elf spytał w pewnej chwili czy jestem głosicielką Jaspree? Potwierdziłam a on westchnął, powiedział "No tak", szybko się pożegnał i odszedł. Dziwne te elfy...

Usiedliśmy i zaczęliśmy dyskutować, co dalej? Gdzie iść? Jak znaleźć Czarną Panią? W pewnej chwili odezwał się jeden z orków, szef grupy:

- Dobrze słyszałem? Chcecie się zobaczyć z Czarną Panią?
- Tak jakby - odparł Harag beznamiętnie.
- Możemy was do niej zaprowadzić.
- Jak to? - włączyłam się. - Wiecie gdzie ona jest?
- Jasne że wiemy. Pracowaliśmy dla niej.
- Czemu wcześniej nie mówiliście - spytałam z pretensją?
- Bo nie pytaliście!

Westchnęłam tylko. Okazało się, że Czarna Pani mieszka tuż obok czwartej pieczęci! No to znowu przez dżunglę... Przy żadnej misji, jak do tej pory, tak się nie nałaziłam.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-10, 20:44   

Czarna Pani


Plan był prosty: robimy zwiad, zakradamy się do źródła problemu i likwidujemy je, najszybciej jak się da, bez strat własnych. Skuteczność planów często jednak weryfikuje rzeczywistość... Szybko i nie zatrzymywani przez nikogo, dotarliśmy w pobliże siedziby Czarnej Pani. Kazaliśmy wędrującej z nami grupie ukryć się w korytarzach, pod strażą En i Haraga, zaś ja, Mirim i Marv udaliśmy się na zwiad. Długi korytarz rozszerzał się w niewielką jaskinię by kawałek dalej znów się zwęzić i zniknąć w ciemnościach. W pieczarze kręciły się żywotrupy a pilnował ich nadzorca, dziwny elf bez kolców, wyglądający na martwego. Wycofaliśmy się kawałek i zaczęliśmy szeptem dyskutować, co dalej. Nagle Mirim wyczuła ruch za naszymi plecami i nerwowo szepnęła "Z tyłu!" Obejrzeliśmy się. W naszą stronę pędził duch. Ale nie zwykły duch, tylko dziwne stworzenie przypominające piłkę z dużą ilością rąk podtrzymujących bele najróżniejszych materiałów. Zanim jakkolwiek zareagowaliśmy duch przemknął obok nas, minął jaskinię i zniknął w korytarzu. Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni. Nie wyglądał, jakby zamierzał wszcząć alarm z naszego powodu, ale nigdy nic nie wiadomo...

Wtedy właśnie Marv wypowiedział zdanie, które całkowicie zmieniło losy naszej misji - "Może pogadamy z tym strażnikiem?" To był chyba pierwszy raz, kiedy nasz wojownik w pierwszej kolejności zaproponował rozmowę zamiast topora. Byłyśmy z Mirim zbyt zszokowane by zaoponować. Zaproponowałam tylko przebranie się (Marv i Mirim własnymi siłami, ja za pomocą talentu) i ruszyliśmy w kierunku elfa.

Strażnik nie podniósł rabanu, kiedy nas zobaczył, nie wysłał także nikogo z wiadomością w głąb jaskini. Zrobił za to coś, co kompletnie nas zaskoczyło - uśmiechnął się i odezwał przyjaźnie:

- Maruvil Dalbar - (kiepskie przebranie Marva nie zadziałało...) - Mirim - (elfka też nie zakamuflowała się wystarczająco...) Potem spojrzał na mnie badawczo, a kiedy warknęłam "Co się gapisz?! Wietrzniaka bez skrzydeł nie widziałeś?!" dodał - A tego to chyba zgarnęliście po drodze. - (moje przebranie na piątkę z plusem!) - Idźcie dalej. Czarna Pani czeka na was.

Znów się uśmiechnął i wskazał ręką na korytarz za plecami. Mirim odwzajemniła uśmiech, wyciągnęła bukłak hurgla i podała mu:

- Częstuj się! Pierwsza jakość - zachęciła.
- Nie musicie już udawać - skrzywił się elf z niesmakiem.
- Ale nalegam - nie odpuszczała Mirim. - Naprawdę warto. To nie jest jakiś podły hurgl. To najlepiej sfermentowany trunek w Barsawii.
- Nie! Nie! - elf energicznie kręcił głową - idźcie już!

Marv pociągnął za sobą Mirim i ruszył w korytarz. Spojrzałam na elfa i, by mu jeszcze bardziej zamotać w głowie, dodałam "Ona nie udaje. Uwielbia hurgla" po czym ruszyłam za towarzyszami. Mina elfa - bezcenna.

Swoją drogą Mirim naprawdę lubi ten podły trunek. Zawdzięcza tę cechę Maruvilowi i Haragowi: jeden wsadził ją do kadzi, by zmienić wzorzec (za zgodą i wyraźną prośbą elfki) a drugi podsunął pomysł, by dodać jej coś ekstra (już bez zgody). Była to zemsta Haraga - gdy on siedział w kadzi Mirim podsunęła Marvovi pomysł, żeby dał mu zamiłowanie do jaskrawych kolorów i od tej pory Harag wygląda jak choinka... Kocham tą drużynę! Zanudziłabym się bez nich.

Korytarz doprowadził nas do skórzanej płachty, spełniającej rolę drzwi. Bił zza niej delikatny blask. Odsunęłam kawałek materiału i jęknęłam głośno, instynktownie zasłaniając dłonią oczy. Przyzwyczajony do ciemności wzrok doznał szoku, gdy oślepiło mnie światło słońca. Długą chwilę stałam w wejściu przyzwyczajając wzrok do jasności. Wreszcie oczy przestały boleć i mogłam się rozejrzeć. Przede mną rozciągała się duża kotlina, jej dno porośnięte było trawą, wokoło rosły drzewa owocowe a na górze rozciągało się błękitne niebo. Jakiś krwawy elf chodził z koszykiem między drzewami i zrywał jabłka, na mój widok uśmiechnął się i zachęcił gestem, bym weszła dalej. Podleciałam nieco, zbliżyłam się do jednego z drzew i przyjrzałam podejrzliwie owocom. Przekonana, że wszystko wokoło jest iluzją wyciągnęłam sztylet i zaatakowałam jabłko. Owoc spadł a ja musiałam mieć bardzo dziwną minę, bo elf roześmiał się serdecznie po czym podszedł do mnie i podał mi śliwkę. Podziękowałam zaskoczona a on tylko skinął głową i ruszył dalej. Nieco z boku dostrzegłam rozłożony pled, na którym elfki, z kolcami i bez, siedziały w otoczeniu materiałów, szyły, zajadały owoce i szeptały coś między sobą. Pośrodku ogrodu, na niewielkim wzniesieniu, stała altanka obsadzona kwiatami a ze środka wydobywały się delikatne dźwięki muzyki. Stałam długą chwilę oszołomiona. W końcu przypomniałam sobie o śliwce, ugryzłam i zachwyciłam się słodkim smakiem. Sok pociekł mi po palcach. Obejrzałam się do tyłu. Mirim i Marv stali w wejściu z minami świadczącymi, że są w takim samym szoku jak ja.

Tkwiliśmy tak przez chwilę grzejąc twarze w słońcu. Wreszcie postanowiliśmy poszukać Czarnej Pani. Ruszyliśmy w stronę koca. Rozmowy umilkły, ale elfki uśmiechnęły się do nas przyjaźnie.

- Witajcie - zagadnęłam uprzejmie.
Nie odpowiedziały, tylko skinęły głowami.
- Rozumiecie mnie - zapytałam już mniej pewnie?
Potaknęły.
- Nie umiecie mówić?
Parsknęły śmiechem i poruszyły przecząco głowami.
- Ach - oświeciło mnie. - Nie możecie rozmawiać z nami!
Znów potaknęły.
- Rozumiem. Szukamy Czarnej Pani.
Jedna z elfek wskazała nam altanę.
- Dziękujemy.

Poszliśmy. W miarę jak zbliżaliśmy się do altanki muzyka robiła się głośniejsza i wyraźniejsza. Co jakiś czas przerywał ją serdeczny śmiech. Wreszcie naszym oczom ukazała się pani tego wszystkiego: piękna elfka o mahoniowej skórze w wytwornych szatach tańczyła powoli z bardzo przystojnym elfem. Szeptał coś do niej a ona wybuchała radosnym śmiechem i odrzucała do tyłu lśniące, czarne włosy. Elf dostrzegł nas, zatrzymał się i wskazał głową w naszą stronę. Czarna Pani odwróciła się i uśmiechnęła na nasz widok, ruszyła po schodach w naszą stronę. Była naprawdę piękna. Duże, orzechowe oczy patrzyły na nas szczerze i przyjaźnie, ruchy miała płynne i biła z nich królewskość. Tak prezentowały się tylko osoby z wyższej sfery. Już wcześniej rozproszyłam przebranie, więc mogłam się przyjrzeć swojemu strojowi i poczułam się bardzo głupio, taka brudna, poobijana, gdzieniegdzie zakrwawiona. Instynktownie przygładziłam włosy, kątem oka zauważając, że Mirim robi to samo, choć jej spojrzenie nadal wyrażało podejrzliwość.

- Witajcie kochani - zawołała Pani, każdemu z nas podając dłoń. - Jak miło, że przyszliście. Wreszcie się doczekałam. Chodźcie. Siadajcie. Na pewno jesteście spragnieni i głodni.

To mówiąc popychała nas lekko na górę altanki, gdzie stał niewielki stolik zastawiony napojami i owocami.

- Kim jesteś i co tu robisz - zapytałam gdy zaspokoiliśmy pragnienie?
- Jestem duchem. Zostałam tu zamknięta potężnym czarem i, choćbym chciała, nie jestem w stanie stąd odejść.
- A te wszystkie stworzenia, które tu ściągają? Zło, które irytuje elfy?
- Och. To już nie moja sprawka. Przynajmniej nie do końca.
- Nie rozumiem...
- Widzicie, czar, który mnie tu uwięził, został rzucony przed pogromem. Po rytuale cierni magia tego miejsca wypaczyła się i zaczęła ściągać zło, które teraz błąka się bez celu po okolicy.
- Chcesz nam wmówić, że siedzisz tu od Pogromu?!
- I tak, i nie. Już wyjaśniam. Zginęłam przed Pogromem a z tej jaskini uczyniłam swój azyl rzucając czar zatrzymania ducha. Kiedy zdjęliście pieczęcie obudziłam się. Swoją drogą, dziękuję za prezent - wskazała ręką za siebie.

Obok podestu do tańca stał nasz znajomy golem.

- Co on tu robi - spytał Marv? - Umiesz go kontrolować?
- Przygarnęłam go bo szukał pana. Postanowił być moim pomocnikiem póki go nie znajdzie.

Nagle Mirim zaczęła dygotać z zimna.

- Po co przeglądałaś iluzję - zapytała Czarna Pani? - Nie podobała ci się?
- Bo to fałszywy obraz a ja wolę widzieć rzeczywistość.
- Wszystko wokół Ciebie jest iluzją. Widzisz to, co chcesz zobaczyć. Co jest bardziej rzeczywiste: ogród czy jaskinia? A może jaskinia też jest iluzją? Skąd będziesz wiedziała, że to, co widzisz to już rzeczywistość?
- Wiem i już - żachnęła się elfka i mocniej otuliła płaszczem. - Przynajmniej wiem, co jecie.
- Spokojnie, porosty są jadalne i można na nich przeżyć kilka tygodni - uspokoiła nas gospodyni.

Dużo czasu spędziliśmy w jaskini. Czarna Pani poddała nam rozwiązanie problemu - czar da się rozproszyć. Dodatkowo, wysłuchawszy naszych opowieści o wędrówce przez Puszczę, zaproponowała nam pewną misję: dwadzieścia tysięcy sztuk srebra na głowę za zabicie smokowca, którego widzieliśmy w dżungli! Podejrzewała, że jest to sługa Zguby Elfów a tego smoka elfy nienawidzą ponad wszystko. Marv ochoczo się zgodził, ale zgasiłam jego zapał. Chyba mózg postradał że chce się na smokowca rzucać. Wariat.

Opuściliśmy elfkę i dołączyliśmy do towarzyszy. Z dala od wścibskich uszu przekazaliśmy im treść rozmowy. Postanowiliśmy wrócić na dwór elfów i poprosić o więcej informacji na temat pieczęci, by zdjąć czar przyciągający zło.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-10, 23:32   

Pałac Królowej Alachii


Widzisz, moja droga, może i jestem prostym orkiem ale nie głupim. Auraya, Mirim i Maruvil dużo czasu spędzili u Czarnej Pani, aż w końcu wrócili, poinformowali resztę drużyny, że nie rozwiążą problemu, bez wiedzy magicznej i zarządzili podróż na dwór elfów. Potem Auraya i Mirim zniknęły w korytarzach a reszta zarządziła odpoczynek. Nie chciałem ich śledzić, ale zrozum, byłem odpowiedzialny za moich towarzyszy. Poszedłem więc za wietrzniaczką i elfką. Nie musiałem iść zbyt daleko - ich podniesione głosy słychać było dość wyraźnie. Nie jestem w stanie przytoczyć ci całej rozmowy, ale to, co usłyszałem, zszokowało mnie tak, że zapamiętałem każde słowo. Nadal nie mogę uwierzyć w ta historię. Ale po kolei. Auraya dopytywała się, czemu Mirim nie zgadza się na jej plan, ta zaś odpowiadała, że nie będzie działała na szkodę elfów. Przekomarzały się tak dobre piętnaście minut. W końcu zirytowana wietrzniaczka zapytała

"Jak, na Pasję, kradzież jednej książki może działać na szkodę dworu elfów?!"

Mirim tylko westchnęła, więc Auraya podjęła, już spokojniejszym głosem:

"Mirim, posłuchaj, miałaś okazję stanąć oko w oko z Pierwszym Elfem, nieskażonym, przedpogromowym dzieckiem Smoka..."

"Ona jest martwa." weszła jej w słowo elfka.

"Ale może być żywa, jeśli jej pomożemy! Dwa czary i ciało, tylko tyle potrzebujemy żeby mogła ożyć. Nie zdobędziemy ich inaczej jak kradnąc je."

"Yhm... Z biblioteki elfów znajdującej się w Pałacu Alachii. Pilnie strzeżonym pałacu."

"Tym większa frajda jeśli nam się uda."

"Nie pozwolę ci ukraść niczego z Pałacu! Nie rozumiesz. Będę musiała iść do Alachii i powiedzieć jej o tym, co zamierzasz zrobić. No i spróbować cię powstrzymać. Taki mam obowiązek. Jestem lojalna dworowi elfów."

"Ale dlaczego? Powiedz mi, jak, u licha, mogę zaszkodzić elfom kradnąc jedną książkę?! A jeśli ci obiecam, że ją zaraz oddam? Nauczymy się tych czarów i odniesiemy księgę na miejsce."

"Nie!"

Usłyszałem zirytowane westchnięcie i miarowe, ciche kroki. Najwyraźniej Auraya zaczęła chodzić w kółko.

"Dobrze" podjęła po chwili dyskusję "To jaki masz plan? Zło nie zniknie, dopóki trwa czar, czaru nie rozproszymy jeśli Ella nie da nam formuły, a ona nam jej nie da, jeśli nie dostanie ciała, w które będzie mogła wejść. Czy muszę dodawać, że do przygotowania owego ciała potrzebujemy tych dwóch, cholernych, zaklęć?!"

"Pójdziemy na dwór, powiemy wszystko Alachii i niech elfy sobie radzą dalej same. Zadanie wykonane."

"Czy ty w ogóle nie słuchałaś co ona mówiła??? Alachia jej nienawidzi! Naśle tu wszystkich swoich żołnierzy i ją zabiją! Już raz jej się udało. Widziałaś grobowiec. Zrobi to znowu."

"Ona jest już martwa!"

"Ty też bywałaś martwa. A jednak nadal żyjesz."

"To co innego."

"Czemu chcesz ją zabić? Alachia nawet nie zauważy braku tej księgi."

"Nie chcę jej zabić. Ale moje serce każe mi być lojalną wobec Dworu Elfów, więc moim obowiązkiem jest poinformowanie jej, że chcesz wejść do biblioteki. A jeśli przywrócimy Ellę do życia i będzie chciała zemsty? Może próbować zabić Alachię i przejąć władzę."

"Ella chce odejść do Shosary. To też jest królestwo elfów. Zresztą, spała od Pogromu. Ma dużo do nadrobienia jeśli chodzi o historię, więc nie wydaje mi się, żeby chciała się, z miejsca, rzucać na Alachię. Komu ty, właściwie jesteś lojalna? Królowej czy elfom jako takim?"

"Smoczej Puszczy oczywiście."

"Nie ma już Smoczej Puszczy. Ale wiesz co... to ja już nie łapię - jesteś lojalna Smoczej Puszczy a jednocześnie chcesz doprowadzić do śmierci jednego z Pierwszych Elfów, który tą puszczę właśnie w takim stanie pamięta! Jak to się ma jedno do drugiego?"

"Smocza czy Krwawa, niezależnie jak ją nazwiesz jest domem elfów. Ktokolwiek nią rządzi, i robi to, działając na jej dobro, jest zwierzchnikiem elfów i należy mu się szacunek i lojalność."

"No dobrze. Spróbujmy z innej strony. Co musiałaby zrobić Ella, żebyś uznała, że w tym celu możemy ukraść księgę, bez donoszenia o tym Królowej?"

"No... wiesz... gdyby obiecała, że po uwolnieniu będzie chciała odnowić piękno Smoczej Puszczy to poszłabym za nią bez wahania."

"Pasjom niech będą dzięki" głos wietrzniaczki wypełniła radość. "Idziemy do Elli!"

Szybko się usunąłem. Mirim i Auraya dotarły do obozowiska chwilę po mnie. Auraya rzuciła tylko"Zaraz wracamy" i obydwie ruszyły z powrotem do komnat Czarnej Pani. Wróciły niedługo potem. Obie uśmiechnięte a Auraya wręcz promieniejąca. Jeszcze chwilę poszeptali między sobą i zarządzili wymarsz. Do Pałacu Elfów. Pomyślałem, że robi się coraz ciekawiej...


Bez większych przeszkód dotarliśmy do wejścia do labiryntu. Podróż zajęła nam tydzień ale upłynęła spokojnie. Olivander czekał na nas w umówionym miejscu ze swoją eskortą. Opowiedziałam mu, o pieczęciach i czarze, który przyciąga zło, przyznałam, że mamy zbyt mało informacji, żeby poradzić sobie z tym zjawiskiem. Elf pomyślał chwilę, po czym stwierdził, że, w takim razie, musimy udać się na dwór elfów i skorzystać z biblioteki. Przystaliśmy na to ochoczo i ruszyliśmy przez Puszczę. Trochę się pogubiłam w rachubie dni, ale minęło chyba ze dwa tygodnie zanim dotarliśmy do Pałacu. A raczej w jego pobliże.

Muszę przyznać, że jest to fascynujące i piękne miejsce. Prawdziwy pomnik ku chwale Jaspree. Wszechobecne rośliny zasiedlała niezliczona ilość barwnych ptaków i innych stworzeń. Zakwaterowano nas w wygodnym domku niedaleko bramy wejściowej do ogrodów pałacowych. Przydzielono nam służącego i pozwolono swobodnie poruszać się po okolicy. Skwapliwie skorzystaliśmy z okazji. Marv z Haragiem łazili po wioskach szukając kuźni, En zaszywała się gdzieś w dziczy, Mirim biegała codziennie do Pałacu przynosząc, wieczorami, masę opowieści o jego wspaniałości a ja... cóż... jak to ja... latałam to tu, to tam, chłonąc las każdym zmysłem. No i trochę naprzykrzając się elfom tysiącem pytań. Dostałam wreszcie szansę choć zerknięcia na Pałac, kiedy strażnik krwi Takkaris zaprosił nas do siebie na rozmowę. Marv i Harag wypytywali go o kuźnię a Mirim o jakieś wyjątkowe strzały. Wizyta nie była długa i raczej rozczarowująca - nie obejrzałam ani odrobiny więcej wnętrza stolicy elfów, niż z zewnątrz.

Miałem już powyżej uszu łażenia po tym lesie! Nie powiem, ciekawiło mnie co też Światło Nadziei zamierza zrobić, tak naprawdę, w stolicy elfów, ale te wszechobecne krzaki były przytłaczające. Wyobraź sobie, moja droga, największą gęstwinę, drzewa wysokie na kilkadziesiąt metrów, rozłożyste tak, że prawie nie wpuszczają światła a na dole krzaki, cała masa krzaków. Elfy wycinały ścieżkę, szliśmy gęsiego a kiedy obejrzałem się za siebie po ścieżce nie było ani śladu, krzaki wróciły na miejsce. Coś strasznego. W nocy, o ile faktycznie to była noc, wokoło rozlegały się szelesty, szmery, pomrukiwania. Nigdy więcej, z własnej woli, nie wejdę do tego mrocznego lasu. Po dwóch tygodniach, albo miesiącach, dotarliśmy do pałacu. Oczywiście nie do samego pałacu, tylko w jego pobliże. Była to spora wioska. Masa drewnianych domków rozpościerających się pomiędzy gigantycznymi pniami drzew. Z jednej strony tej gęstwiny wyróżniała się zwarta, równa linia krzaków - mur odgradzający miejsce tylko dla elfów, od wioski, w której mogły przebywać inne rasy. Światło Nadziei dostali domek niedaleko bramy, my trochę dalej. Uprzedzę twoje pytanie - tak, szpiegowałem ich. Dołożyłem wszelkich starań, by mieć ich na oku i powoli kształtowałem sobie obraz tego, po co przyszli. Początkowo zachowywali się jak zwykli turyści, szukali kuźni, zwiedzali wioskę a Mirim biegała do Pałacu. Zainteresowała mnie jednak Auraya. Zauważyłem, że codziennie znika w cieniu budynków a po chwili wylatuje stamtąd ptaszek, który leci prosto, nad murem, do Pałacu. Trzeciego dnia pobytu Harag dał Mirim pudełko orichalkowe, elfka schowała je do torby i poszła do pałacu, na bramie zatrzymano ją, pokazała pudełko i weszła dalej, już nie niepokojona. Gdy wróciła i porozmawiała z Aurayą, ta poleciała między domki i zaczęła zbierać owady - muchy, żuki, koniki polne. Z każdego owada coś jakby odrywała i chowała do malutkich woreczków - każdy gatunek miał osobny woreczek. Czwartego dnia żadne z nich nie wyszło z domku. Gdy udało mi się tam podkraść zobaczyłem jak Mirim pakuje do torby owe pudełko i, ze słowami "Życzcie nam powodzenia" wychodzi. W pokoju byli wszyscy oprócz Auray'i.

Minęła niecała godzina gdy dołączyła do nich Mirim. "Udało się?" zapytała En. "Nie wiem, ale zakładam, że weszła bo jej nie ma." Wyjęła pudełeczko i oddała Haragowi. Przez kilka godzin siedzieli w domku. Trochę drzemali, czasem chodzili nerwowo po pokoju. Co chwilę któreś z nich stawało w oknie i patrzyło na bramę pałacową. Nawet mnie udzieliła się nerwowość. Aż w pewnym momencie, na oknie, usiadł kolorowy ptaszek, wleciał do środka, usiadł na podłodze i zmienił się w Aurayę. Cała drużyna poderwała się z miejsc krzycząc jednym głosem "I co?!" Wietrzniaczka uśmiechnęła się szeroko, choć miałem wrażenie, że jest bardzo wyczerpana. "Wezwij ducha tłumacza, Marv" powiedziała. Zamyśliła się na chwilę, później powiedziała coś w bardzo dziwnym języku i obok niej zmaterializował się duch. Przez długi czas stał obok Maruvila i coś do niego mówił, ten zaś notował skrupulatnie. Auraya padła na łóżko i zasnęła a reszta drużyny odprężyła się i wróciła do zwiedzania okolicy.

Rankiem następnego dnia usłyszałem, tym razem przypadkiem, jak Auraya mówi do Mirim "Znajdź ciężko chorą elfkę. Tobie będzie łatwiej a brakuje nam już tylko ciała..." więcej nie udało mi się usłyszeć, ale popołudniu zobaczyłem ja Harag KOKIETUJE! jakąś elfkę. Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! Żeby ork do elfki..! A kiedy drużyna dostała wiedzę, po którą przyszli, i przyszedł po nich strażnik krwi Olivander, by poprowadzić ich znów do labiryntu, Auraya wzięła go na stronę i oznajmiła, że owa elfka idzie z nimi, bo Harag się w niej zakochał na zabój i nie chce się z nią rozstać! Siostra elfki i mąż siostry też wyruszyli z drużyną. My zabawiliśmy na dworze jeszcze kilka dni i z jednym z patroli ruszyliśmy do kaeru Eidolon. O drużynie bohaterów słyszałem tylko raz po tamtym spotkaniu, podobno zaginęli, ale ile jest w tym prawdy nie wiem. Jeśli ich kiedyś spotkasz przekaż im moje pozdrowienia.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-12, 23:07   

Uwolnienie
Znów na Dworze


Zaczynam się tu czuć jak u siebie w domu. Kolejny raz wędrujemy do labiryntu. Już przywykłam do odgłosów puszczy i stwierdzam, że nie jest ona taka straszna, jak głoszą plotki. Choć spora asysta elfów może wpływać na ten osąd... Bez problemu dotarliśmy do labiryntu. Olivander znów zaopatrzył nas w magiczną nić, zabraliśmy ze sobą elfkę, jej siostrę i szwagra, którzy przyłączyli się do nas jeszcze w stolicy i ruszyliśmy do Czarnej Pani. Elfka wyraźnie ucieszyła się na nasz widok. Zabrała dziewczynę, która z nami przyszła i długo z nią rozmawiała. Wreszcie podeszły do nas i oznajmiły, że są gotowe. Młoda elfka pożegnała się z rodziną i ułożyła na kocu za parawanem. Czarna Pani stanęła obok. Podeszliśmy wraz z Marvem. Zaczęłam tkać czar. Jakaś część mnie drgnęła niepokojąco, gdy czar odebrał młodej elfce życie, ale taka jest wola Jaspree - poświęcać życie, by dawać życie. Po mnie wkroczył Marv. Czarna Pani zniknęła. Młodą elfkę inne elfy okryły prześcieradłami. Chwilę później stanęła przed nami ubrana w śliczne szaty.

- Rozproszyłam już czar - powiedziała z uśmiechem. - Dziękuję Wam za wolność. Oferta nagrody za smokowca także jest aktualna. Szczegóły omówcie z moimi towarzyszami.

Postać rozwiała się a wraz z nią iluzja rajskiego ogrodu. Pozostały elfy, które mieszkały z Czarną Panią. Ponowiły ofertę, ustaliły z nami szczegóły kontaktowania się z nimi i zaczęły się zbierać do drogi za swoją królową.

Wróciliśmy do Olivandera. Zapytał o elfkę, która nam towarzyszyła a poinformowany, że zginęła, tylko westchnął. Zagłębił się w labirynt na jakiś czas a potem dołączył do nas, wyraźnie zadowolony. Znów bezpiecznie doprowadził nas do pałacu, gdzie stanęliśmy przez Takkarisem, by odebrać swoją nagrodę.

Tym razem spędziliśmy w elfim królestwie ponad miesiąc czasu, ze względu na szkolenie Mirim. Przed opuszczeniem puszczy Takkaris znów wezwał nas do siebie. Zaskoczył nas swoją propozycją - zlecił nam zabicie smokowca, oferując także po dwadzieścia pięć tysięcy srebra na głowę lub legendarny przedmiot z tajnikami. Odniosłam wrażenie, że wszyscy powariowali. I to na punkcie jednego smokowca. Poszliśmy do swojego domku, by się zastanowić, ale już lecąc tam, widziałam w ich oczach, że podejmiemy się tej misji. Podwójna zapłata była wystarczająco kusząca. Oby tylko nie wyszła nam bokiem...

Dostaliśmy przepustkę na dowolne przemieszczanie się po lesie i ruszyliśmy podjąć się kolejnej misji.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-13, 00:13   

Spadające gwiazdy
Smokowiec


Jako punkt zaczepienia obraliśmy jaskinię, w której go pierwszy raz zobaczyliśmy. Minęło już sporo czasu od tamtego dnia, więc znalezienie śladów stało się niemal niemożliwe. Niemal, bo przypomniałam sobie, że za smokowcem szły skrzynie ze świecami. W ogóle nie zwróciłam na nie wcześniej uwagi i nie mam pojęcia, czy szły same, czy ktoś je niósł, ale niewątpliwie były tam i były okute. Zaczęłam więc przeglądać korytarze w poszukiwaniu rys od okuć i udało się! W jednej z odnóg znalazłam ślady skrzyni a nieco dalej wosku ze świec.

Ruszyliśmy tym tropem bardzo ostrożnie. Korytarz kluczył, zakręcał, rozwidlał się, ale jakoś udawało nam się nie zgubić śladów. W końcu usłyszeliśmy przed sobą śpiew. Był to męski, gruby głos. Podśpiewywał radośnie. Z duszą na ramieniu podkradłam się bliżej. Ujrzałam jaskinię z jednym przejściem dalej. Na środku stał wielki kocioł, w którym coś bulgotało, pod ścianą leżały worki ze świecami i stały klatki, teraz już puste, ale ślady krwi świadczyły o tym, że miały mieszkańców. Wielkie haki na ścianach dopełniały całości obrazu. W tym królestwie brylował sporych rozmiarów ogr w fartuchu umazanym tak, że pierwotny jego kolor pozostawał tajemnicą i wielką chochlą mieszał w kotle podśpiewując przy tym radośnie.

Do akcji wkroczył Harag i zrobił to nader błyskotliwie. Ja, zmieniona w sokoła, usiadłam mu na ramieniu, En użyła kameleona i zniknęła a Mirim i Marv udawali służących. Ork wparował do komnaty i z miejsca zażądał wyjaśnień, dlaczego świece jeszcze nie dotarły do Pana. Skołowany ogr wręczył nam oba worki i ochoczo wyjaśnił, że Pan poszedł "na górę" jakiś tydzień temu i od tej pory go nie widział. Marv wyciągnął jedną świecę, by się jej przyjrzeć - zemdliło mnie gdy zobaczyłam zatopiony w niej palec... Harag skwitował, że świece dobre, pogonił ogra do roboty i ruszyliśmy dalej.

W podobny sposób minęliśmy jaskinię pełną ogrów (byli bardziej podejrzliwi ale, na nasze szczęście, nie bardziej inteligentni od poprzednika...) po czym dotarliśmy do drzwi. Drzwi były zamknięte i solidne. Drużyna schowała się nieco wcześniej w korytarzu a ja ruszyłam na zwiad. Za drzwiami otworzył się przede mną korytarz. Po prawej stronie, niewielka odnoga prowadziła do kuchni, w której krzątała się ładna elfka, dalej korytarz zakręcał w lewo i, gdy pokonałam kolejne drzwi, ukazał mi okrągłą salę, której ściany składały się z luster. Po lewej stronie salki stał, znany mi już, rubin, wokół niego tłoczyły się kandelabry (dwa z nich toczyły walkę o jedną świeczkę), a na środku komnaty siedział wielki Troll i bawił się z dziwnym stworkiem przypominającym psa. Przemogłam strach, który nagle mnie ogarnął, i, przyklejona do ściany, wejrzałam we wzorzec Trolla. To, co zobaczyłam, upewniło mnie w początkowym przeczuciu, że stoję oko w oko ze smokowcem – Dawca Imion był Wojownikiem, zdecydowanie powyżej dziewiątego kręgu choć nie był jeszcze Mistrzem, jego wzorzec otaczała aura, posiadał matryce i ponad dwieście umiejętności. Analizowałam, na chybił trafił, talenty. Gdy dojrzałam wzorzec Smoczej Regeneracji uznałam, że nic więcej nie potrzebuję i zaczęłam się wycofywać. Byłam już przy wyjściu, gdy elfka zawołała: "Kochanie! Obiad za dwadzieścia minut." Wykorzystałam szansę. Wślizgnęłam się jako mrówka na tacę z obiadem, którą elfka postawiła na grzbiecie "psa" i czekałam na rozwój wypadków.

Obiad trafił do ostatniej komnaty, której ściany w całości pokrywały futra. Na podłodze leżały poduchy i jeszcze więcej futer. Troll i elfka rozłożyli się na nich, rozstawili naczynia i, oddając się lekkiej pogawędce, zaczęli posiłek. Wróciłam do moich znudzonych towarzyszy i zdałam relację. Nerwową dyskusję zakończył Marv, sprawujący nadal funkcję dowódcy drużyny, podejmując decyzję, że najpierw z nim porozmawiamy a później atakujemy. Skąd taka decyzja? Otóż w Pałacu Elfów Marv uzyskał informacje na temat jednego z tajników do swojej zbroi, a brzmiał on: ustal miejsce pobytu Verjigrom'a... Zadanie z góry skazane na niepowodzenie, bo nikt o zdrowych zmysłach nie będzie nawet próbował dociec, gdzie on się znajduje. Maruvil miał jednak nadzieję, że smokowiec może posiadać wiedzę, która przybliży nas choć trochę do zdobycia tajnika. Uznaliśmy, że warto spróbować. To był nasz pierwszy błąd...

Do drzwi komnaty zapukał Harag. Zaszurało, zaszemrało i drzwi powoli uchyliły się. Troll z obnażonym mieczem ostrożnie wyjrzał przez szparę. "Przynieśliśmy świece" oznajmił z uśmiechem Harag wskazując worki. Troll otworzył drzwi i cofnął się. W komnacie nie było ani psa, ani elfki. Ostrzegawcze światełko w mojej głowie poinformowało mnie, że nie sprawdziłam tej komnaty - pewnie miała tajne przejście. Zignorowałam piknięcie i skupiłam się na otoczeniu. Marv zapytał o horrora i nie uzyskał informacji. Ja spytałam, czy jest smokowcem Alamaise'a i uzyskałam odpowiedź: Nie. Zaczęłam więc mówić, że my w takim razie już sobie pójdziemy, ale w tym samym momencie Harag zagwizdał na duchowego wierzchowca, odjechał i... ruszył do szarży. Smokowiec wrzasnął. Futra spadły i ukazały wszechobecne lustra! Ponowił wrzask i poczułam obezwładniający strach. Jedyne, co mogłam zrobić to szczękać zębami. Ataki Marva i Haraga przyniosły marny skutek, ale Troll najwyraźniej nie miał ochoty nas pozabijać, bo wykorzystał okazję i zniknął w lustrze.

Marv rozproszył moc, która sparaliżowała mnie strachem i wtedy usłyszeliśmy głos smokowca: "Przynieście mi rubin." Kandelabry rzuciły się spełnić polecenie, Harag rzucił się odebrać im rubin a Marv skupił się na rozpraszaniu strachu na Mirim i En. W końcu wszyscy, z rubinem, zebraliśmy się w ostatniej komnacie. Analiza astralna luster ukazała, że są to jakieś przejścia. "Oddajcie rubin!" usłyszeliśmy nagle. "Tłuczcie lustra" wydał rozkaz Marv. Mirim zaczęła strzelać do tafli, ale En najwyraźniej nie dosłyszała drugiej części rozkazu "Tylko bez dotykania!" i uderzyła pazurami. Zanim się odsunęła od pierwszej rozpadającej się tafli z drugiej wyskoczył Troll, złapał ją, okręcił do siebie plecami i przyłożył jej miecz do gardła. "Zostawcie rubin i wynocha! Inaczej ją zabiję!" warknął. Marv próbował negocjować, ale zirytowany smokowiec zapytał wprost: "Przyszliście tu żeby rozmawiać czy mnie zabić?" "Zabić." odparł bez zastanowienia Harag. "Dobrze wiedzieć" powiedział Troll, cofnął się i... mogliśmy tylko stać i patrzeć, jak oddala się wraz z En. Ich sylwetki powoli zmalały i zniknęły.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-08-28, 22:55   

Smokowiec
Podejście drugie


Byliśmy wściekli. Bez słów Harag odłożył rubin i ruszył do drzwi. Poszliśmy w jego ślady. "Odzyskamy ją" - odezwałam się, by przerwać niepokojącą ciszę - "Znaleźliśmy go raz, znajdziemy następny." Po każdym ciosie podnosiliśmy się na nogi i szliśmy dalej, więc i teraz drużyna zebrała się w sobie i zaczęła myśleć. Postanowiliśmy śledzić rubin i ogry, które pracowały dla Smokowca. Dało to efekty, choć nie takie jakbyśmy sobie życzyli...

Minął ponad tydzień chowania się po dżungli, skradania i śledzenia. Wielokrotnie musieliśmy się rozdzielać, by nie zgubić tropów. Tego dnia Mirim nie wróciła ze zwiadu. Kiedy jej nieobecność zaczęła się niepokojąco przedłużać obudził się w nas niepokój. Poszłam jej tropem. Znalazłam ślad elfki a przy nim także trop innego Dawcy Imion. Obydwa nagle znikały. Zupełnie jakby rozpłynęły się w powietrzu. Wśród ogrów, które tego dnia obserwowała, także nie było po niej śladu. Wróciłam do Marva i Haraga. Siedzieliśmy w milczeniu długą chwilę. Żadne z nas nie miało pomysłu co dalej. Ta rozgrywka zdecydowanie wymykała się nam spod kontroli.

Cała nasza trójka gwałtownie podskoczyła, gdy tuż za naszymi plecami odezwał się znajomy głos.
- Witajcie ponownie - uśmiechał się do nas Troll, smokowiec. - Ubyło Was, czy mi się zdaje?
- Gdzie En i Mirim? Co im zrobiłeś? - warknął Harag zrywając się na równe nogi.
- Spokojnie. Nic im nie jest. Na razie...
- Czego chcesz - zapytał Marv?
- Mam dla Was propozycję. Oddam Wam Wasze towarzyszki, całe i zdrowe, a Wy, w zamian, wykonacie dla mnie cztery misje. Co Wy na to?
- A jeśli się nie zgodzimy - spytał Harag.
- No cóż... Nie zobaczycie ich więcej.
- To nie jest propozycja tylko szantaż - oburzyłam się.
- Och! Trochę wyolbrzymiasz, wietrzniaczko. W końcu to Wy przyszliście do mnie, żeby mnie zabić. Przechyliłem szalę zwycięstwa na swoją korzyść i zamierzam to teraz wykorzystać. To jak będzie?

Zgodziliśmy się. Marv i Harag złożyli słowo honoru, że wykonamy cztery misje. Kilka minut później En i Mirim dołączyły do nas z powrotem a Smokowiec udzielił nam instrukcji co do pierwszej misji. Ułożonym przez niego kręgiem przeszliśmy do dawnej Scyty, kawałek na północ od Faktorii Handlowej i przystąpiliśmy do wykonania zadania.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
Ostatnio zmieniony przez Auraya 2012-08-28, 23:03, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-10-01, 21:56   

Witajcie po przerwie :)

Wybaczcie długi brak wpisów - przewroty osobiste zniechęciły mnie na pewien czas do pisania...

Oto dalsze losy naszej dzielnej drużyny.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-10-01, 22:04   

Co za dużo to niezdrowo


En i Mirim opowiedziały nam co się z nimi działo po porwaniu. Smokowiec zabrał je do dziwnego miejsca. Była to biała przestrzeń, w której zawieszono płaskie dyski o średnicy może pięciu metrów. Nie miały sufitu a ich ściany składały się ze ściśle do siebie przylegających luster, które stanowiły przejścia między wysepkami. Troll przesłuchiwał je, ale obydwie uparcie odmawiały odpowiedzi na pytania a En próbowała nawet go zaatakować. Czemu postanowił nas wykorzystać? Tego nie byliśmy w stanie nawet się domyślić.

Tymczasem znaleźliśmy się na stepach dawnego królestwa Scyty. Zgodnie z instrukcją Smokowca, udaliśmy się na południowy zachód, gdzie, niezbyt uczęszczanym traktem, miała podróżować karawana krasnoludzka. Wieźli oni magiczną wazę, w środku której lewitowała metalowa kula. Ten przedmiot mięliśmy zdobyć i dostarczyć do Faktorii Handlowej, gdzie czekał na niego pewien krasnolud. To była pierwsza, wydawałoby się, że banalnie prosta, misja.

Jak to jednak zwykle bywa, nie okazała się ona taka prosta. Karawanę znaleźliśmy bez trudu. Dalej było już tylko gorzej. Wóz okazał się istną twierdzą na kołach. Wielki, z wąskimi strzelnicami, płaskim dachem otoczonym wysoką balustradą i tylko jednymi drzwiami. Mieścił ze czterdziestu krasnoludów a ciągnęło go siedem koni pociągowych. Nawet ja nie byłam w stanie prześlizgnąć się do środka. Byliśmy już zdecydowani napaść ową karawanę, gdy na horyzoncie pojawił się oddział orków, błyskawicznie dotarł do krasnoludów i, po krótkiej wymianie zdań, otoczył ich i ruszył z nimi w dalszą drogę. Czy mogło być gorzej?

Niestety mogło...

Śledziliśmy ich spory kawał, aż dotarli do podnóża niewielkich wzgórz, gdzie owo orkowe plemię miało swój obóz - jeszcze więcej orków pilnujących krasnoludów! Zaczęliśmy dyskutować jak zdobyć upragniony przedmiot, gdy za naszymi plecami rozległ się cichy głos.

- Na waszym miejscu darowałbym sobie tą wazę...

Obejrzeliśmy się. Ledwo widoczni w mroku ukazali nam się dwaj Mistrzowie Żywiołów: krasnolud i człowiek.

- Mistrzowie Żywiołów - zawołałam zdumiona. - Co tu robicie? Należycie może do Geokosm? - Tajne stowarzyszenie Mistrzów Żywiołów, o którym kiedyś powiedziała mi Shivalahala, chodziło mi po głowie, odkąd znalazłam się w tej okolicy. Podobno tu właśnie miało swoją siedzibę a ja koniecznie chciałam ich znaleźć.

- Mówiłem ci, że wcale nie jest takie tajne - mruknął krasnolud. Potem spojrzeli na nas. - Odejdźcie stąd bo wpakujecie się w kłopoty.
- Już mamy kłopoty - westchnął Harag.
- Co macie na myśli - spytał Marv? - I co wy, w ogóle, tu robicie?
- Czekamy na rozwój wypadków. Chcemy zminimalizować zniszczenia.
- Jakie znowu zniszczenia - zdumiała się En?
- Tą wazę nie tylko wy chcecie mieć dla siebie. Jej tropem podążają Theranie, Dwunarodzona i jeden ze Smoków. Jak spojrzycie na północ zobaczycie błyski - to nie jest zwykła burza. Kawałek na północny zachód znajdują się barki Therańskie. A Smok... cóż... pewnie też jest blisko.

Cisza, która zapadła po tej informacji, wymownie świadczyła, że gorzej być może i właśnie jest!

- No. To my się oddalimy i wam radzę zrobić to samo - powiedział człowiek i obydwaj zmienili się w quwrille i zniknęli w ziemi.

- Czym, do jasnej cholery, jest ta przeklęta waza - zaklęłam?! - Theranie, Dwunarodzona, Smoki... Do kompletu brakuje nam tylko Verjigroma!

Marv usiadł na trawie, skupił się i wysłał ducha z krwi. Długą chwilę siedział nieruchomo a potem zaczął mówić. Mistrzowie Żywiołów mięli rację. Na północy szalała burza, a dokładniej wielka czarna chmura, wypełniona po brzegi błyskawicami, sunęła w naszym kierunku. Na lewo od niej, wysoko w chmurach wisiały, prawie niewidoczne w mroku nocy, trzy Therańskie barki.

- Idziemy do orków - zarządził Harag. - Trzeba ich ostrzec. Zwłaszcza, że to nasi przyjaciele, klan Złamanego Kła.

Zgodnie przytaknęliśmy i energicznym krokiem ruszyliśmy prosto do obozowiska orków.

Pierwszy poszedł Harag a ja, zmieniona w sokoła, towarzyszyłam mu. Orka szybko zaczepiły straże. Przedstawił się i zażądał widzenia z wodzem. Straże pozwoliły całej naszej grupie wejść do obozu i skierowały nas do środkowego ogniska. Siedział przy nim wielki ork z potężną szramą na prawym policzku i dwa krasnoludy. Ork, Morglum Karkołamacz, był dowódcą owej grupy zaś jeden z krasnoludów, Midas Złotousty okazał się dowódcą karawany. Morglum przyjął nas z radością, kazał usiąść i z miejsca poczęstował jadłem i napitkiem. Marv od razu przeszedł do sedna sprawy.

- Chcemy coś od Was kupić - zwrócił się do krasnoludów. - Sprawa jest pilna.

I znów zaczęły się trudności... Midas, który reprezentował znany nam już Dom Kupiecki Ueraven z Throalu, oświadczył, że pierwszeństwo w targu ma wódz plemienia Złamanego Kła, jako, że plemię to zgodziło się eskortować karawanę. Morglum, z kolei, stwierdził, że on decyzji nie podejmie, bo nie wie, co wódz chce kupić i musimy udać się do głównego obozu, gdzie będziemy mogli dogadać się bezpośrednio z nim. W końcu Maruvil zirytował się.

- Macie na wozie wazę z kulą w środku - zwrócił się do Midasa a ten wyraźnie zmienił wyraz twarzy na ułamek sekundy. - Ten przedmiot sprowadzi na was śmierć. Do rana w obozie nie zostanie nawet jeden żywy Dawca Imion! Chyba, że odsprzedacie nam wazę. Wyślij zwiad na północ - zwrócił się do Morgluma. - Zobaczą tam chmurę wypełnioną błyskawicami. To Horror Chmura, wysłany przez Dwunarodzoną, żeby zdobyć ów przedmiot. Na północnym-zachodzie wiszą Therańskie barki a na deser, gdzieś w pobliżu czai się smok. Wielki Smok.

Na chwilę zapadła cisza a krasnoludy nieco poszarzały na twarzy. Wreszcie Morglum krzyknął coś i w ostrym języku orków przekazał instrukcje dwóm wojownikom. Orki błyskawicznie znalazły się w siodłach i ruszyły na wschód.

- Dokąd ich wysłałeś - spytał Harag?
- Do głównego obozu. Muszą ostrzec wodza. Oddajcie im przedmiot - zwrócił się do krasnoludów.
- Jaką mamy gwarancję, że mówicie prawdę - zapytał niepewnie Midas?
- Żadnej - odezwał się Marv. - Możecie poczekać do rana, żeby to sprawdzić.

Miny krasnoludów wyrażały niepewność i strach. W końcu Midas skinął nieznacznie głową, zawołał kilku krasnoludów z sąsiedniego ogniska i kazał im wystawić towar.

W kilka minut przy wozie zrobiło się tłoczno. Krasnoludy, zaciekawione nocnym targiem zerkały na przywódcę a orki tłoczyły się, żeby zobaczyć towar. Na naprędce ustawionym stole pojawiły się złote i srebrne naczynia wszelkiego rozmiaru i przeznaczenia. Patrzyliśmy obojętnie aż ostatnia rzecz została wyjęta z wozu. Potem Marv spojrzał na Midasa.

- Nie ma tu wazy - powiedział.

Krasnolud przez chwilę patrzył mu w oczy a potem odwrócił wzrok.

- Muszę się naradzić z moim wspólnikiem - powiedział.

Skinął na starszego krasnoluda i ruszył z nim do wozu. Spostrzegłam, że Marv zamknął na chwilę oczy, złożył dłonie i po chwili, w ślad za krasnoludem pomknął sługa z krwi. Bardzo mądrze.

Kupcy weszli do komnaty i zamknęli drzwi. Surowe, drewniane wnętrze rozświetlał blask świec w zdobionych, krasnoludzkich lichtarzach.
- Musimy im oddać wazę, Grumli - odezwał się jeden z kupców.
- Nie zgadzam się Midasie - zaoponował jego rozmówca. - To banda awanturników. To, że wiedzą o skarbie, nie oznacza, że cała reszta jest prawdą.
- A jeśli jest? Nie wiemy, co to za przedmiot. Nie chcę zginąć z powodu kawałka gliny. Nawet tak magicznego.
- Jestem Twoim wspólnikiem. Nie pozwolę ci oddać im wazy.
- Już zdecydowałem.
Ruch nadgarstka. Błysk ostrza. Rozszerzone z niedowierzania oczy kupca. Z poderżniętego gardła trysnęła krew a ciało ciężko zwaliło się na podłogę. Grumli zerwał z szyi towarzysza wisior, częściowo odwrócił się do ściany, "Teraz" krzyknął i za jego plecami zajaśniał portal. Opadła iluzja. Krasnolud zmienił się w człowieka i z uśmiechem zadowolenia spojrzał na trzymany w dłoni wisior, po czym skierował się w stronę portalu.


Marv wpatrywał się w przestrzeń, którą utworzyły dłonie, z uwagą śledząc to, co widzi i słyszy duszek. Nagle porzucił koncentrację, chwycił miecz i rzucił się do środka wozu. Trzasnęły wyłamane drzwi. En zareagowała instynktownie rzucając się tuż za wojownikiem. Marv ciął mieczem celując w dłoń zaskoczonego człowieka, w dłoń, która trzymała wisior. Człowiek rzucił się w kierunku portalu i zastawił rękami. Precyzyjnie wymierzony cios dosięgnął celu, obcięte dłonie poleciały w srebrzysty dysk na ścianie a ciało runęło na nimi. W ostatniej chwili, niemal wpadając na Marva, En złapała ręce i cofnęła się. Człowiek wpadł w portal a ten natychmiast się za nim zamknął.

- O FU! - jęknęła En i rzuciła martwe dłonie na podłogę.
- Dobra robota - pochwalił Marv. Podszedł do szczątków i spomiędzy sztywnych palców wyłuskał dziwny wisior.
- Na wszystkie Pasje! Co tu się stało - rozległ się za nami głos?

W drzwiach stanął rudobrody krasnolud.

- Cóż - zaczął Marv - wasz szef nie żyje, zabił go jego wspólnik, bo chciał oddać nam wazę. Wspólnik uciekł przez portal. Za chwilę będziemy mieli tu na głowie Theran. Kto może zastąpić Midasa?
- Ja - odparł krasnolud. - Jestem Grothe Sprawiedliwy.
- Dobrze, Grothe. Gdzie waza?
- No... - krasnolud wyraźnie się speszył - nie wiem, szczerze mówiąc.
- Jak to nie wiesz?
- To bardzo cenny ładunek. Tylko szef i jego wspólnik wiedzieli gdzie jest waza.

Zirytowana zaczęłam latać po pomieszczeniu i szukać skrytek. Nic. Użyłam wzroku astralnego. Nic. Podleciałam więc do jedynych drzwi w pomieszczeniu. Uderzyłam dziobem w klamkę. En podsunęła się niezauważenie pod drzwi i spróbowała je otworzyć. Były zamknięte. Parsknęłam z irytacją. Wydałam z siebie pisk, by zwrócić uwagę Marva i ponownie wskazałam na drzwi. Krasnolud spojrzał na mnie zdziwiony.

- Co jest za tymi drzwiami - spytał Marv?
- Prywatny gabinet Midasa - odparł krasnolud.
- Otwórz.
- Nie mogę. Tylko szef i jego wspólnik mogą tam wchodzić.
- Twój szef NIE ŻYJE - zirytował się wojownik!
- Nie możecie tam wejść.

Coraz bardziej zirytowana zawisłam przed krasnoludem i rozproszyłam czar. Podskoczył wystraszony.

- Co wolisz - zapytałam zjadliwie - zostać spopielonym przez Smoka, zaciągniętym w niewolę na Therańską barkę czy może los martwego konstrukta Dwunarodzonej?!

Krasnolud zbladł. Rozejrzał się niepewnie.

- No dobrze. Wejdźcie. Ale i tak nie wiem, gdzie jest waza.
- Poczekaj, Auraya - powiedział nagle Maruvil. - Mam pomysł.

Przygotował się i wezwał ducha Midasa. Ciężką miał przeprawę z duchem, gdyż krasnolud nie zdawał sobie sprawy, że jest martwy i, w pierwszej kolejności, chciał ścigać swojego mordercę. Wreszcie udało się Marvovi zapanować nad duchem i, po rozbrojeniu pułapek w drzwiach, znaleźliśmy się w gabinecie Midasa. Krasnolud wymusił na Maruvilu, że nie wykorzysta wiadomości, które mu poda, przed dobiciem kontraktu handlowego, i skierował wojownika do skrzyni stojącej koło biurka. Skrzynia była całkiem spora. Jakieś półtora metra długości na metr szerokości i pół metra wysokości. Marv otworzył ją i zobaczył puste wnętrze. Duch uśmiechnął się. Kazał zamknąć skrzynię, włożyć do jej zamka wisior, który nosił na szyi, przekręcić go kilka razy w różne strony, wypowiedzieć jakąś formułkę wiążąc przy tym kawałek sznurka a potem położyć sznurek na skrzyni i znów przekręcić klucz. Po tych zabiegach Marv uniósł wieko. W skrzyni zaczęło coś zgrzytać cicho i powoli wysunęła się z niej ogromna waza. Miała prawie metr średnicy i z półtora metra wysokości. Była ozdobiona rysunkami roślin i dziwnymi wzorami a w środku nieustannie krążyła srebrna, metalowa kula, wydając dudniący dźwięk.

- No tego to bym raczej nie ukradła - westchnęłam.
- Niesamowite - zachwycił się Marv. - Chcę tą skrzynię na własność.
- Uhm... Najpierw przeżyjmy - mruknęłam.

Marv dobił targu. Przywołany Grothe podpisał kontrakt handlowy i waza stała się naszą własnością.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-10-02, 23:34   

Ucieczka


Bogatsi o wielką skrzynię i ubożsi o sporo złota zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Pomysłów było kilka a żaden chlubny... Harag chciał uciec jak najszybciej i jako przynętę dla pościgu użyć krasnoludów a Marv chciał owo brzemię zwalić na orki. Częściowo ów problem rozwiązały krasnoludy, które nagle zaczęły się bać o swoją skórę i zaapelowały do nas, Bohaterów, a jakże! o ochronę. I, o ile zwykle nie mam nic przeciwko pomaganiu, tym razem zirytowało mnie to solidnie. Zresztą, widziałam po minach moich towarzyszy, że też nie byli zachwyceni takim obrotem spraw. Uciekać przed tak licznym i groźnym pościgiem w pięć osób z wielką skrzynią było trudno, ale uciekać w czterdzieści pięć osób z wielką skrzynią i ogromnym wozem to już było niewykonalne.

Po burzliwych dyskusjach podjęliśmy decyzję. Marv przywołał ponownie ducha Midasa i nakazał mu, żeby kierował wozem, po czym skierował go na zachód, zaprzęgając do niego duchowego grzmotorożca. Orki, udzieliwszy nam wskazówek, jak uzyskać schronienie w jarze ich przodków, w którym kiedyś zbieraliśmy zioła, ruszyły na wschód do swojego obozu. Krasnoludy, obładowane wszystkim, co dały radę zabrać z wozu, częściowo dosiadły wierzchowców, reszta zasiadła na ziemnej fali i ruszyliśmy na południe.

Grzmoty za nami były już wyraźnie słyszalne. W ciemnościach rozległ się tubalny głos: "Podli Theranie! Chcecie odebrać Panu Przestworzy to, co mu się prawnie należy?!" Potem coś wybuchło.

Gnaliśmy przed siebie w ciemnościach nocy. Mirim leciała na dywanie tuż przed falą, oświetlając drogę kryształem. Byliśmy widoczni z daleka, ale nie dbaliśmy o to, próbując jak najszybciej oddalić się od obozu.

Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy konie padały z wyczerpania. Było już koło południa, ale niebo zasnuwały ciemne chmury i całe stepy pokryły się szarością. Kto mógł spał, kto nie spał, czuwał. En dała znak, że zwierzęta wypoczęły. Podjęliśmy wędrówkę. Po godzinie zaczęło padać. Drobny, zimny deszcz przenikał aż do kości. Humory rzedły coraz bardziej. Rozbiliśmy kolejny obóz i wtedy zauważyłam, że En gorączkuje. Zrobiłam jej napar z ziół, Marv rozstawił namiot, położył ją w środku i wysuszył jej ubranie. Kilka godzin snu nie poprawiło jej stanu. Marv zawołał nas do siebie.

- Słuchajcie - zaczął. - Nie damy rady w takich warunkach dotrzeć do Faktorii przed pościgiem. Obawiam się, że Theranie dotrą tam przed nami a wtedy możemy pożegnać się ze statkiem.
- Co proponujesz - spytałam?
- Jedno z nas pojedzie stąd prosto do Faktorii i sprowadzi statek do jaru. Powinniśmy już być niedaleko, więc raczej ciężko będzie zabłądzić, to, w końcu, duże miasto.
- Ja polecę jako sokół - zgłosiłam się na ochotnika. - Nawet, jeśli szpiedzy dotrą tam przede mną, sokół nie będzie rzucał się w oczy.
- Ty jesteś nam potrzebna tutaj. Ja też mogę polecieć.
- Jesteś jedynym wojownikiem - odezwał się Harag. - Ja polecę. Nie jestem wam niezbędny.
- Trafisz - spytał Marv?
- Jasne - zapewnił ork!

Dopiero kiedy zniknął nam za ścianą deszczu przypomnieliśmy sobie, że Harag nigdy nie nauczył się nawigacji...

Niepewni czy ork przeżyje lot do Faktorii, kichając i kaszląc, jechaliśmy mniej więcej w stronę jaru. Stan En pogarszał się z godziny na godzinę. W końcu, przekonana, że już powinniśmy być na miejscu i zirytowana mokrym ciałem i obwisłymi z wilgoci skrzydłami, przestroiłam matrycę i rzuciłam czar. Deszcz powoli ustał a chmury nad nami zaczęły się rozpraszać ukazując piękne, błękitne niebo. Krasnoludy patrzyły zafascynowane a ja uśmiechnęłam się z satysfakcją. Pikające w głębi myśli ostrzeżenie, że pozostawianie za sobą wielkich dziur w chmurach nie jest mądrym pomysłem, zepchnęłam w głąb. A dla zatarcia śladu przywoływałam chmury z powrotem.

Dzięki temu ryzykownemu posunięciu nie zabłądziliśmy, choć byliśmy na dobrej drodze. W szarym deszczu Mirim zboczyła z kursu i ominęlibyśmy jar o niecały kilometr. Wreszcie udało nam się dotrzeć nad jego brzeg. Chmury wróciły i deszcz znów lunął. Stary ork, pilnujący grobów przodków, wskazał nam zejście na dno parowu. Zeszliśmy wąską ścieżką, spuściliśmy też na dół konie, i rozbiliśmy obóz.

Jar był szeroki, głęboki i bardzo długi. Gdzieniegdzie wystawała jakaś kość, albo czaszka. Jakimś cudem deszcz docierał tylko w niektóre partie, więc spora część dna pozostawała sucha. Krasnoludy porozkładały plandeki, Marv rozstawił namiot i pozwoliliśmy sobie nawet na niewielkie ogniska. Zajęłam się chorymi. Już drugiego dnia ich stan zaczął się polepszać a pod wieczór nawet En wstała i zajęła się zwierzętami. Wystawiliśmy warty na górze i czekaliśmy.

Trzeciego popołudnia Marv zauważył w trawach "przepływające" cielsko granatowego smoka a jakąś godzinę później na horyzoncie zamajaczył statek. Zmieniona w sokoła poleciałam w jego kierunku. Gdy okazało się że to nasz Jastrząb zapikowałm na burtę. Odmieniłam się, przywitałam z kapitanem i Haragiem, ostrzegłam ich o smoku a potem ostrożnie sprowadziłam statek na dno jaru. Podjęliśmy decyzję, że skrzynię i część krasnoludów zapakujemy na Jastrzębia i zawieziemy do Faktorii a reszta ruszy konno przez stepy - bez skrzyni nic im nie grozi. Zaświtała nam wreszcie iskierka nadziei, że jednak wyjdziemy z tej kabały cało. Zwłaszcza, że krasnolud opisany przez smokowca już czekał na miejscu. Za kilka godzin będzie po wszystkim.
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2012-10-03, 21:52   

Kolejny gracz


Statek był już spakowany, wszyscy gotowi do drogi. Maruvil tłumaczył coś kapitanowi. Nagle zamilkł, zamarł i trwał tak przed dłuższą chwilę. Spojrzeliśmy na niego z niepokojem. Zamrugał powiekami, jak ktoś, kto właśnie odzyskał wzrok i popatrzył na nas z namysłem.

- Co się stało - nie wytrzymałam?
- Cytuję - odezwał się po chwili milczenia. - "Wnuczku. Jeśli masz wazę spotkaj się ze mną przy wejściu do kaeru. Nie spuszczaj wazy z oczu!"
- A dopiero co marudziłeś, że jak dziadek potrzebny to go nigdy nie ma pod ręką - zachichotałam nerwowo.
- Pozbądźmy się tego cholerstwa - warknął Harag. - Na co to twojemu dziadkowi? Wpakuje nas w kolejną kabałę.
- Słuchajcie - uciszyłam towarzyszy. - A może to jest dobry pomysł? W końcu dziadek porwał sobie smoka to i z Theranami sobie poradzi. Oddamy mu wazę i problem z głowy.
- A co powiemy smokowcowi - zaniepokoiła się En?
- Że przepadła - odpowiedziałam szybko. - Ukradli nam i już. Niech daje inne zadanie.
- Gorsze od poprzedniego - żachnęła się Mirim.
- Ja bym z nim pogadała - upierałam się. - W końcu to dziadek Dalbar. Komu mamy zaufać jak nie jemu? Może on coś wie na temat tej wazy.
- To lećmy - zdecydował Maruvil. - W końcu to niedaleko.

Wyprowadziliśmy statek z jaru i ruszyliśmy w góry Scytyjskie.

Cel naszej podróży osiągnęliśmy szybko. Góry były już wyraźnie widoczne, gdy wystartował z nich, w naszym kierunku, wielki kształt. Kto mógł chwycił za broń, choć miny nam zrzedły, gdy kształt zbliżył się na tyle, by rozpoznać w nim wielkiego, kościanego smoka. Na grzbiecie stworzenia siedział dziadek Marva i machał do nas.

- Lećcie za mną - krzyknął i zawrócił.

Poprowadził nas między szczyty i kazał posadzić statek na ziemi w parowie, którego jedno zbocze było bardzo strome a drugie porastał gęsty las.

Dziadek ulokował smoka pod lasem. Marv rozmawiał z nim chwilę, po czym przyszedł do nas.

- Weźcie wazę i chodźcie. Załoga zostaje - zarządził.


Powędrowaliśmy ze skrzynią w kierunku smoka. Postawiliśmy ją przy łapach zwierzaka. Dziadek dał nam znak byśmy poszli za nim i ruszył wzdłuż linii drzew. Mirim uparła się, że nie zostawi skrzyni, więc usiadła na niej i została a reszta poszła za dziadkiem.

Okazało się, że dziadek o wazie usłyszał od źródeł, których nie zdradził a chce ją mieć bo wszyscy ją chcą, więc na pewno jest tego chcenia warta. I może wkurzyłoby nas to, że chce "bo tak" gdyby nie fakt, że zaproponował nam zabicie smokowca w zamian za oddanie skrzyni. To była obietnica, która diametralnie zmieniła nasze podejście do sprawy. Bez pytań i protestów zgodziliśmy się na taki układ. Mięliśmy właśnie przejść do szczegółów, gdy smok podniósł głowę i zaczął warczeć.

- Co się dzieje - zaniepokoił się Marv?
- Auraya - nerwowo zawołał dziadek - leć na statek i szukaj źródeł magii.

Rzuciłam się do Jastrzębia a dziadek pobiegł do smoka. Wparowałam na statek i od razu spojrzałam w przestrzeń astralną. Bez trudu dojrzałam pulsujące źródło magii - pierścień na palcu jednego z krasnoludów. Zażądałam, żeby go oddał. Protestował tylko chwilę. Z pierścieniem w ręku pognałam do dziadka. Obejrzał go, zażyczył sobie przyprowadzenia krasnoluda, który go nosił a pierścień roztrzaskał. Krasnolud oznajmił, że on nic nie wie, ma go od zawsze, to pierścień rodowy i w ogóle się z nim nie rozstaje.

- Co oznacza ten pierścień - zapytałam w końcu?
- To, że ktoś już wie, gdzie jesteśmy. Lada moment będziemy tu mieli gości - odpowiedział dziadek.
- Szybko - dodał po chwili - bierzcie skrzynię do lasu. Marv przywiąż ją mocno do jakiegoś pożądnego drzewa ale tak, żeby dotykała skały. Auraya maskuj. Czarem nazwanym. Harag patroluj niebo i melduj. Reszta na statek.

Błyskawicznie wykonywaliśmy polecenia dziadka. Ledwo zaleczyłam magiczną ranę po czarze, gdy dobiegł nas alarm Haraga.

- Dwie barki z północy - krzyczał ork! - Smok z zachodu!
- Harag! Na dół! - wrzasnął dziadek. - Smoka biorę na siebie - dodał do nas. - Zajmijcie się Theranami. Spotkamy się tutaj.

Wskoczył na smoka i odleciał.

- Jaki plan dowódco - zwróciłam się do Marva?

Po szybkiej naradzie plan powstał następujący:
Statek leci na wabia, by zwrócić uwagę barek, przeciąga je tuż nad granią wysadzając nas na niej. Przepuszczamy pierwszą barkę a drugą blokuje Harag swoją kamienną wieżą, najpierw jedna z przodu, by barka na nią wpadła i się zatrzymała, potem druga z tyłu, żeby nie mogła odlecieć. Mirim strzela wybuchowymi strzałami w pokład, dopóki nie powstanie tylna wieża, wtedy wskakujemy na barkę i czyścimy dowódców. Zanim druga barka kapnie się, co się dzieje, pierwsza będzie w naszych rękach a jej dział użyjemy do unieszkodliwienia drugiej. Oczywiście jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Nie poszło...
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2013-01-30, 23:03   

Spadające gwiazdy


19 Sollusa 1537 TH. Deszcz padał już od czterech dni, z niewielkimi przerwami. Niebo, zasnute grubą kołdrą chmur, nawet w tych rzadkich momentach, gdy nie płakało, pozostawało czarne i ponure. Pora deszczowa zaczęła się na dobre uprzykrzając życie podróżnikom i Bohaterom. W górach Scytyjskich pogoda była kapryśna. W tej konkretnej chwili deszcz ustał i wszystko, co żywe delektowało się dość ciepłym, suchym powietrzem.

Dwie kamienne Therańskie barki płynęły po niebie prosto na najwyższe szczyty gór. Magiczny sygnał zniknął dosłownie kilka minut temu i zawęził obszar poszukiwań do, zaledwie, kilkuset metrów.

Obserwator na wieży pierwszej barki krzyknął ostrzegawczo. Dowódca spojrzał w kierunku, w którym pokazał żołnierz. Nad skałami unosił się smok. Potężne, granatowe cielsko połyskiwało w rozproszonym świetle. Nocne Niebo, przywołał z pamięci imię smoka. Nie był to Wielki Smok ale wystarczająco potężny, żeby czuć przed nim respekt. Zwłaszcza, że smoczy oddech topił nawet kamień.

- Baczność - krzyknął dowódca! - Wszyscy do dział! Łucznicy na miejsca!
- Myślisz, że damy mu radę - smukły elf o blond włosach stanął obok kapitana i wpatrzył się w wiszącego na niebie smoka?
- Mamy większe szanse niż z horrorem chmurą.
- Jedną barkę już straciliśmy. Myślę, że nie powinniśmy ryzykować utraty kolejnej.
- Chyba nie sugerujesz, że powinniśmy uciekać?
- Nie. Sugeruję, że powinniśmy poczekać na jego ruch. Może nie zamierza nas atakować...
- Tylko co? Zaprosić na pogawędkę przy herbacie? Doprawdy, Dorianie, spodziewałem się po Tobie większej odwagi - prychnął kapitan.
- Odwaga to nie to samo, co głupota Markusie. Po co sobie dodawać problemów? Naszym celem jest waza a nie wykończenie wszystkiego, co spotkamy po drodze. Zwłaszcza, że Ashante, jego brat, raczej nie podaruje nam ewentualnego morderstwa najbliższego mu smoka.
- Panie - żołnierz w pełnym rynsztunku bojowym podbiegł do kapitana. - Jakie rozkazy? Smok jest w zasięgu dział. Czy mamy strzelać?
- Czekajcie - odparł po chwili zastanowienia. - Zobaczymy, co zrobi.

Smok nie zwracał jednak uwagi na barki. Przez chwilę krążył nad jakimś miejscem, by w końcu złożyć skrzydła i runąć w dół. Kapitan wydał rozkaz. Barka ruszyła w kierunku smoka. Nie upłynęła nawet minuta, gdy zza skał wyleciał ogromny kształt. Dopiero po chwili do dowódcy dotarło, co widzi. Na niebie, na ułamek sekundy, zawisł Wielki Smok. Ale nie zwyczajny tylko kościany. Na grzbiecie miał zakrytą lektykę a przed nią siedział siwy człowiek, którego twarzy nie był w stanie dostrzec. Mężczyzna szarpnął cielskiem. Smok skręcił gwałtownie w bok i ruszył w głąb gór. Potężny ryk rozdarł ciszę. Nocne Niebo, z ogłuszającym łopotem skrzydeł, wzbił się w powietrze i pognał za kościanym smokiem.

- Co, do licha - zaklął Markus?! - Co to za szaleniec?
- No - cmoknął elf z uznaniem. - Trzeba przyznać, że ci barbarzyńcy mają w sobie sporo odwagi. Paradować przed smokiem na jego kościanym "kuzynie"... Ma facet jaja.
- Długo ich miał nie będzie jak Nocne Niebo z nim skończy.
- Co robimy? On raczej nie ma wazy.
- Będziemy ich śledzić.
- Statek na lewej burcie - rozległ się głos obserwatora!

Zza skał wyłonił się niewielki drakkar i ruszył w kierunku przeciwnym niż smok.

- Waza może być na tym statku - zauważył Dorian.
- Tak - kapitan pogładził równo przyciętą brodę. - Z nimi poradzimy sobie o wiele łatwiej niż ze smokiem. - Cała naprzód - krzyknął do załogi! Dogonić statek i wybić załogę!

Barka skręciła. Smagani batami niewolnicy wytężyli wszystkie siły i kamienna konstrukcja ruszyła w pościg za zwinnym, choć wolniejszym statkiem przeciwnika, z każdą chwilą nabierając prędkości.


----------------- * ----------------


Na Jastrzębiu panowało poruszenie. Kapitan, stojąc za sterem, co chwilę oglądał się nerwowo za siebie a załoga uwijała się jak w ukropie, wiosłując z całej siły. Rozkaz Maruvila Dalbara był jasny: znaleźć płaską grań, przesunąć się tuż nad nią, by drużyna mogła zeskoczyć a potem uciekać ze wszystkich sił starając się zgubić pościg. Po godzinie kapitan miał zawrócić Jastrzębia i odebrać bohaterów z grani. Rzucając co jakiś czas rozkazy kapitan szukał grani jednocześnie obserwując pościg.

Grupa krasnoludzkich kupców stłoczona w jednym miejscu tak, by nikomu nie wchodzić w drogę, przysłuchiwała się dyskusji tych szaleńców, którym oddali się pod opiekę. Bo że byli szaleni już nikt nie miał wątpliwości. Dwie kamienne barki mknęły w ich stronę i nie było chyba kupca, który by się nie zastanawiał, po jakie licho pchał się w tą kabałę.

Tymczasem przyjaciele zgromadzili się na rufie i, zerkając na zbliżające się statki, szybko omawiali sytuację.
- Harag - zaczął Marv - stawiasz wieżę na drodze drugiej barki. Gdy tylko w nią uderzy Mirim ostrzeliwujesz pokład wybuchającymi strzałami żeby zdjąć jak najwięcej żołnierzy za jednym razem, masz na to jakieś pół minuty, zanim Harag nie zablokuje barki drugą wieżą. Potem wskakujemy na pokład i docieramy, jak najszybciej, do dowódcy. Gdy barka będzie nasza ładujemy działa i walimy do tej pierwszej.
- Co, tak właściwie wiemy o Therańskich statkach - zapytała wietrzniaczka?
- Cóż. Zakładam, że jest w całości obsadzona wojskiem, bo wysłali ją na misję w głąb Barsawii. Barka jest piramidą, ma pewnie ze cztery piętra, z tym, że ostatnie to w zasadzie wieżyczka, po trzy działa ogniste na każdym rogu i ze dwa na burtach, co daje razem jakieś dwanaście dział na jedną stronę barki, zasięg tak z pięćset metrów, więc módlmy się, żeby nie próbowali Jastrzębia ostrzelać. Najniższe piętro to pomieszczenia dla niewolników, jest ich pewnie setka, pilnowanych przez kilku nadzorców, około czterech, może pięciu, często będących głosicielami Dis. Zakładam, że załoga jest, w całości, bojowa. Będą tam adepci, magowie i pewnie kilku ulepszonych legionistów. I to tyle. Tak mi się wydaje.
- Pięknie - westchnęła Auraya. - Jesteś pewien, że chcemy z nimi zadzierać?
- My nie damy rady - uśmiechnął się Marv? - Trochę wiary, wietrzniaku.
- Wiarę to ja mam. Tylko dlatego się godzę na to szaleństwo. Ale nie zmienia to faktu, że obawiam się, że przeceniasz nasze możliwości.
- Damy radę - dołączył się Harag.
- Wszystko jasne - zapytał Marv?
Reszta drużyny skinęła w milczeniu głowami.

Gdy już każdy wiedział co robić, spokojnie obserwowali barki i czekali na odpowiedni moment.

Tymczasem Buford, rudobrody, łysy krasnolud, kapitan Jastrzębia, niezwykle szybko i zwrotnie, a zarazem ostrożnie, lawirował pomiędzy górskimi szczytami. Wreszcie dostrzegł odpowiednie miejsce.
- Grań przed nami - krzyknął! - Cała naprzód, lenie! Wiosłować!
Statek wystrzelił do przodu, nieco zwiększając dystans do goniącej go barki, i obniżył lot. Prawie szorował dnem o skaliste podłoże, gdy kapitan przesuwał go nad szeroką, w miarę płaską granią. Pięć postaci zeskoczyło z rufy, zwinnie lądując na ziemi a Jastrząb zanurkował ku dnie rozległego kanionu.

Marv, Auraya i En przykucnęli miedzy skałami, zamaskowani, każdy na swój sposób. Mirim błyskawicznie znalazła niewielką niszę, w której mogła pozostać niezauważona a Harag znalazł odpowiednie miejsce i rozpoczął modlitwę do Upandala. Pierwsza barka przemknęła nad ich głowami, najwyraźniej nie zauważając schowanych postaci. Druga, nieco wolniejsza, wydawała się lekko wyhamowywać nad granią ale przyjaciele nie zwrócili na to uwagi. Ork zakończył modlitwę i ze skał wystrzeliła ogromna, kamienna wieża. A potem rozległ się huk, kiedy barka uderzyła w konstrukcję i zatrzymała się. Harag błyskawicznie rzucił się na tył statku modląc się po drodze, po raz kolejny, do swojej Pasji. W tym samym momencie Mirim wypuściła strzałę, po niej drugą i trzecią. Pokładem barki wstrząsnęły wybuchy. Kilka zwęglonych ciał poleciało między skały. Druga wieża wyrosła z ziemi i zablokowała barkę. Marv chwycił En na ręce i wybił się do góry, miękko lądując na najniższym pokładzie statku, Auraya wylądowała tuż obok i, zamaskowawszy się czarem, zaczęła tkać wątek.


----------------- * ----------------


Kapitan Marcus Nedneturs stał na najwyższym piętrze Mściciela, wojskowej barki Imperium Therańskiego. Przez zdobioną lunetę obserwował uciekający drakkar. Bez trudu ocenił, że statek jest zbyt wolny, by uciec. Dystans między nimi zmniejszał się z każdą chwilą. W pewnym momencie statek opuścił się niebezpiecznie nisko nad skały i kilka postaci wyskoczyło z niego, kryjąc się między głazami. Tymczasem drakkar gwałtownie przyspieszył i zanurkował w dół.

- Spójrz Dorianie - kapitan zwrócił się do swojego towarzysza. - Jak myślisz, co oni kombinują? Albo się nas wystraszyli, albo uciekają z wazą, albo liczą, że się zatrzymamy i zajmiemy nimi podczas, gdy statek odleci z ładunkiem.
- Hm - elf spojrzał przez lunetę. - Myślę, że stchórzyli. Przekaż wiadomość do Błyskawicy, niech to sprawdzą, a my zajmiemy się drakkarem.
- Racja. Niech się ten stary zrzęda na coś przyda - kapitan uśmiechnął się do własnych myśli i przywołał bosmana. - Melduj do kapitana Aulusa, że ze ściganego statku wyskoczyła grupa barbarzyńców. Niech sprawdzi co to za jedni i co zamierzają. My dopadniemy drakkar.
- Tak jest - zasalutował żołnierz i zniknął w budynku.

Chwilę później Błyskawica zaczęła nieznacznie zwalniać oddalając się od mknącego pełną prędkością Mściciela.


----------------- * ----------------


Kajuta kapitańska na Błyskawicy była pomieszczeniem niewielkim i bardzo surowym. Zimny, szary kamień tylko gdzieniegdzie ocieplono drewnem. Za łóżko służył hamak a duży stół, krzesła i szafki zdawały się być wyciosane z bloków kamienia. Ten wystrój całkowicie oddawał charakter właściciela kwatery, kapitana Aulusa. Był to mężczyzna może sześćdziesięcioletni o wątłej budowie ciała, którą nadrabiał twardym jak kamień charakterem, i siwych włosach, zawsze idealnie uczesanych. Ponieważ już trzecią dobę latali w kółko jak pies za własnym ogonem po znienawidzonej przez Aulusa Barsawii, kapitan zamknął się w swojej kajucie i kazał meldować tylko o nie cierpiących zwłoki sprawach lub ewidentnych kataklizmach. Sam zaś ułożył się w hamaku i pogrążył w lekturze dzieł słynnej Therańskiej trubadurki. Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Mocno zirytowany krzyknął:

- Wejść!
- Panie kapitanie, pilny przekaz z Mściciela - zaanonsował młody żołnierz.

Aulus westchnął z irytacją. Odłożył księgę i ruszył na szczyt barki. W niewielkiej wieżyczce, na kamiennym podeście leżała kula z błękitnego kryształu. Za środka wydobywało się migające światło, co świadczyło o ważnej wiadomości. Kapitan wyciągnął lewą dłoń i położył ją na krysztale. Kula rozbłysła i ukazała się w niej sylwetka bosmana z Mściciela.

- Kapitanie - zaczął mężczyzna. - Mam rozkaz poinformować, że ze ściganego drakkaru barbarzyńców wyskoczyło pięć osób i schowało się między skałami. Kapitan Marcus prosi, by zajął się pan kapitan zbadaniem tej sprawy, podczas gdy Mściciel ruszy w pościg za drakkarem.
- Przyjąłem - odparł Aulus. Zdjął dłoń z kryształu i przekaźnik wyłączył się, pozostając tylko pięknym kamieniem.

Mężczyzna odwrócił się z zamiarem opuszczenia wieży, gdy kątem oka dostrzegł ponowny błysk kryształu. Obejrzał się przez ramię. Kula zamigotała i w jej wnętrzu ukazała się twarz kobiety. Twarz o rysach pięknych i jakby wykutych w kamieniu. Czarne oczy zdawały się przewiercać duszę na wylot a wąskie usta zaciskały się z niezadowoleniem.
- Aulusie - odezwała się kobieta głosem twardym i nie znoszącym sprzeciwu.
- Pani Admirał - kapitan wyprężył się i zasalutował.
- Co z wazą?
- Właśnie ścigamy barbarzyńców, którzy są w jej posiadaniu. Mściciel ruszył za ich statkiem a ja zajmę się uciekinierami.
- Jakimi uciekinierami?
- Kilku barbarzyńców zeskoczyło ze statku na skalną grań. Ale bez obaw, wyeliminujemy ich.
- A to ciekawe - kobieta zamyśliła się. - Kapitanie - dodała po chwili namysłu. - Chcę ich mieć żywych. Za wszelką cenę. Zrozumiano?
- Tak jest!

Kobieta zniknęła a kamień znów zamilkł. Aulus zastanowił się, dlaczego ci barbarzyńcy są tak ważni dla Tularch? Admirał floty imperium Therańskiego zawsze dostawała to, czego chciała, ale Aulus miał wrażenie, że tym razem ktoś inny pociąga za sznurki. Zbyt wiele kazano im ryzykować za jeden przedmiot. Kapitan machnął ręką do własnych myśli. Ktokolwiek chciał wazę, jego zadaniem było ją dostarczyć.

Ruszył do wyjścia by wydać rozkazy, gdy nagle usłyszał huk i równocześnie barką mocno szarpnęło. Kapitan zatoczył się na ścianę. Spróbował odzyskać równowagę i wtedy nastąpił wybuch. Pokład rozbłysnął ogniem. Mężczyzna przewrócił się na kamienną podłogę. Kolejny wybuch, krzyki rannych i jeszcze jeden gorący oddech płomieni. Barka szarpnęła do tyłu, uderzyła w coś z impetem a potem znieruchomiała. Aulus stanął w drzwiach na tyle szybko, by zobaczyć jak na dolny pokład wskakuje wojownik, cały w błyszczącej zbroi płytowej, niosąc na rękach niepozorną kobietę. Postawił ją po swojej prawej ręce i chwyciwszy topór, zaatakował pierwszych biegnących do niego z lewej strony żołnierzy. Kobieta odwróciła się w prawo i dłońmi uzbrojonymi w długie pazury rozpłatała gardło pierwszemu nieszczęśnikowi, który się do niej zbliżył. Kapitanowi wydawało się przez chwilę, że pomiędzy nimi zamajaczyły skrzydła wietrzniaka, ale kiedy przysunął się bliżej krawędzi pokładu nie dostrzegł nikogo, prócz tych dwojga.

- Wziąć ich żywcem - krzyknął! I wtedy zobaczył, jak na niższym pokładzie łucznicy, jeden po drugim, padają trafieni strzałami.

Rozejrzał się wokoło i wreszcie ją dostrzegł. Wysoka elfka stała na latającym dywanie. Długi łuk błyszczał jak spowity błyskawicami. Strzał. Trafienie. Krzyk rannego lub umierającego.

- Dywan - wrzeszczał Aulus! - Zniszcie dywan.

Łucznicy z miejsca zmienili cel i zaczęli posyłać strzały w dywan. Elfka odsunęła się od pokładu i wtedy kilka strzał trafiło. Dywan zwiotczał i elfka bezwładnie poleciała w dół.

- Dopaść ją - padł rozkaz gdy kapitan zauważył, że łuczniczka podnosi się pomiędzy skałami i wymachuje im ze złością!

Zanim zdążył dodać, że żywcem, gruchnęły działa ogniste. Wokół elfki posypały się odłamki skał. Nie trafili. Elfka, nie czekając na kolejną salwę, odbiła się od skał i poszybowała w kierunku barki. Źle wymierzyła skok. Uderzyła w kamienną ścianę drugiego pokładu i osunęła się na posadzkę nieprzytomna. Dwóch łuczników błyskawicznie spętało ją i wciągnęło do środka. Aulus był przekonany, że za kilka minut będzie już siedziała w odpowiedniej celi.

Wrócił spojrzeniem na dolny pokład. Mężczyzna i kobieta zaścielali podłogę przed sobą trupami. Krew zalewała pokład. Nagle spomiędzy nich buchnął płomień, do złudzenia przypominający smocze zionięcie. Trzech legionistów padło martwych, dwóch, płonąc i krzycząc, schowało się w środku.

- Ulepszeni legioniści - krzyknął kapitan! - Ulepszeni! Do ataku! Powstrzymać ich! Gdzie są magowie?

Spojrzał w bok i zaklął. Dopiero teraz zauważył czarnego orka szarżującego od boku na potężnym gryfie. Każdy żołnierz, którego gryf dosięgnął pazurami leciał w dół albo osuwał się na ziemię. Aulus szybko ocenił stan barki. Przód i tył blokowały kamienne wieże a Mściciel znikał między skałami goniąc drakkar. Wreszcie, na pokładzie poniżej, dostrzegł Salana, Mistrza Żywiołów, ochranianego przez dwóch żołnierzy. Obserwował barbarzyńskiego wojownika i, najwyraźniej, tkał jakiś czar. Łucznicy, nie mogąc dosięgnąć strzałami dolnego pokładu, skierowali swe łuki w kierunku gryfa. Trzy strzały trafiły zwierzę a ich śladem pomknęła ognista kula - ork i jego wierzchowiec uderzyli w ziemię.

- Dziesięciu żołnierzy na dół - padł rozkaz! - Pojmać orka!

Kilku żołnierzy wskoczyło do niewielkiej łódki i ruszyło na grań. Po chwili rozgorzała tam walka. Harag błyskawicznie postawił gryfa na nogi i przystąpił do ataku. Szarżujący ork siał spustoszenie wśród therańskich wojowników zmuszając ich, by skryli się w wieży. Nie mógł się jednak do nich zbliżyć, bo zasypywał go grad strzał i pocisków z procy.

Tymczasem na pokładzie trwała walka. Ulepszeni legioniści padali pod ciosami dwójki adeptów równie często jak ich poprzednicy.

Mirim powoli otworzyła oczy i dyskretnie zaczęła się rozglądać. Leżała na kamiennej podłodze, z trzech stron otaczały ją ściany a z czwartej metalowa krata. Sufit, także kamienny, przykuł jej uwagę na dłużej. Coś w nim budziło jej niepokój. Usiadła w końcu i rozejrzała się dokładniej. Przed celą stały dwa elfy. Bez zbroi ale z mieczami przy pasach, i wpatrywały się w nią bardzo uważnie. Jeden z nich ustawił się obok sporej, metalowej dźwigni. Dopiero po chwili dotarło do niej, dlaczego sufit wyglądał podejrzanie – był wielką kamienną płytą, która, uruchomiona przez metalową dźwignię, opuszczała się aż na podłogę, pozostawiając po umieszczonej w środku osobie tylko wspomnienie. Gdy strażnik się do niej odezwał, udała, że nie rozumie i zaczęła do niego mówić po krasnoludzku. Zniechęcony mruknął coś o barbarzyńcach i kazał jej się zamknąć. Gdy to nie poskutkowało drugi z elfów wskazał na dźwignię i, wymownym gestem, dał do zrozumienia, że użyje jej, jeśli elfka się nie uciszy. I wtedy Mirim zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał - pewna, że przyjaciele są już blisko i na pewno usłyszą jej głos, zaczęła wołać o pomoc. Jeden ruch ręki. Kamienna płyta, z łoskotem opadła na podłogę.


----------------- * ----------------


Na początku szło nam całkiem nieźle. Wieże powstały, Mirim ostrzelała pokład a my, bez trudu, dostaliśmy się na górę. Później też było dobrze. Marv czyścił lewą burtę a En prawą. Jej było ciężej, więc kiedy utkałam kilka wątków smoczego oddechu a En zaczęła się cofać pod naporem żołnierzy, w jej stronę puściłam czar, eliminując pięciu legionistów. Wtedy zaczęło się psuć. Widziałam jak Mirim mignęła na górny pokład i zniknęła, Harag szarpnął poranionego Szpona w dół i wylądował z dala od barki a Marv, co chwilę, rozpraszał z siebie pociski zagłady, ciskane przez Therańskiego maga zamiast skupiać się na atakujących legionistach. Usłyszałam zduszone przekleństwo a po nim prośbę: "Auraya! Znajdź dowódcę! To nasza jedyna szansa." Potaknęłam. Zwierzokształt. To taki przydatny czar. Na maleńką mysz, przemykającą po pokładzie nikt nie zwraca uwagi. Trzeba tylko pamiętać, że maleńkie jest nie tylko jej ciało ale i żywotność... Nie pamiętałam. W ferworze walki nie zastanowiłam się nad tym, że byłam już wyczerpana. Ostatnie co pamiętam to ciemność, która zapadła tuż po rzuceniu czaru...

----------------- * ----------------


Marv i En byli coraz bardziej zmęczeni. Walka zdawała się trwać wieczność. Stos trupów rósł ale wciąż przybywało żołnierzy.
- Musimy się przedrzeć do środka - zaordynował Marv! - Gdzie Auraya? Poszła?
- Nie wiem - odkrzyknęła En między jednym ciosem a drugim. - Z tej strony, bardzo blisko są drzwi.
- Przesuwaj się w ich stronę. Auraya! Auraya, jesteś tu?
Marv zbliżył się do En i zaczął siekać toporem na dwie strony. Dziewczyna pochyliła się badając nerwowo rękami pokład w miejscu, gdzie wcześniej stała wietrzniaczka.
- Nie ma jej - powiedziała po chwili, podnosząc się szybko, by rozpłatać kolejne gardło.
- Do środka - nakazał Marv!
Pewnymi ciosami wycięli sobie drogę do niewielkiego pomieszczenia. Było kwadratowe i miało jedne drzwi prowadzące w głąb pokładu i dwa niewielkie okienka. Na ścianach zamocowano prycze. En zablokowała drzwi wejściowe a Marv te prowadzące dalej. Schronienie okazało się, jednak, pułapką. Przez niewielkie okienko mag mógł bez trudu rzucać czary, nie atakowany przez Marva, mogli ich tam nawet podpalić. Zbyt późno Maruvil zdał sobie z tego sprawę. Gdy podjął decyzję o wycofaniu się z barki En odebrała cios i już go nie oddała. Domyślił się, że zamaskowana kameleonem kobieta, straciła przytomność. Pozostało tylko jedno wyjście - chwycił En na ręce, odepchnął torującego mu drogę legionistę siłą rozpędu i wyskoczył za burtę.

----------------- * ----------------


Aulus uśmiechnął się widząc, jak mężczyzna zeskakuje ze statku.
- Salan - zwrócił się do maga. - Weź kilku legionistów i znajdźcie tego wojownika. Pani Tularch chce ich żywych. Orka też tu dostarczcie. I weź ze sobą Frehana, ksenomanta może się wam przydać.
- Tak jest!
Dwóch magów i czterech legionistów uzbrojonych w miecze i łuki, wsiadło do łódki i ruszyło między skały.

----------------- * ----------------


Sytuacja była kiepska. Szpon został ciężko raniony strzałami i Harag nie chciał ryzykować latania na nim. W wieży było z dziesięciu Theran miotających w ich stronę czym popadnie a barka, co jakiś czas, puszczała na dół salwę z dział ognistych i ork zaczął się obawiać, że w końcu jakiś pocisk go trafi. Odsunął się poza zasięg dział, zsiadł z wierzchowca i zaczął się zastanawiać, co dalej. Nagle Szpon zaczął się dziwnie zachowywać. Zrobił się nerwowy, a jednocześnie trącał go łbem. Harag wskoczył na siodło i wtedy gryf poderwał się do góry i skierował prosto na barkę. Ork, zdziwiony zachowaniem zwierzęcia, z trudem zmusił go do zmiany toru lotu, ale udało się to tylko na chwilę. Gwizdnął więc na palcach, przywołując duchowego gryfa i, w locie, przeskoczył na jego siodło. Zawrócił i skierował się między skały. Szpon pomknął w jego kierunku i przystąpił do ataku. Harag wylądował. Szpon za nim. Próbował go dosięgnąć dziobem, pazurami. W końcu rozsądek zwyciężył przywiązanie kawalerzysty i Harag uderzył z całej siły. Ranionemu wcześniej gryfowi nie trzeba było wiele - stracił przytomność. Ork pogłaskał go po głowie, jakby przepraszając i wtedy dostrzegł za jego zadem dziwną istotę. Błyskawicznie zorientował się co się stało. To był duch, którego ktoś wysłał, by zawładnął istotą. Gryf był łatwym celem i to on padł ofiarą stworzenia. Harag zaatakował i duch uciekł. Ork rozejrzał się. Jedna z wież zniknęła a barka sunęła w jego kierunku. Bez zastanowienia wskoczył na duchowego wierzchowca, wzbił się wysoko ponad skały i ruszył przed siebie, oby dalej od barki. Już miał zapikować, by znaleźć schronienie wśród skał, gdy poczuł przepływ mocy i czyjaś obecność zastąpiła jego własną. Zignorowany wróg powrócił, by, tym razem, zawładnąć jeźdźcem. A że duchy nie są zbyt inteligentne, nie przewidział, że duchowy wierzchowiec, nie ponawiany przez kawalerzystę, rozwieje się jak mgła. Zniewolony mocą ducha Harag bezwładnie poleciał w dół na spotkanie ostrych skał.

----------------- * ----------------


Maruvil miękko wylądował wśród skał i nerwowo zaczął szukać załomu, zdolnego schować dwie osoby. En wciąż była ukryta Kameleonem, ale musiał rozproszyć talent, by ją opatrzyć. Ukrył się pod niewielkim nawisem. Kilka prób rozproszenia spełzło na niczym. Zirytowany wojownik zaczął więc cucić kobietę.
- Marv - szepnęła w końcu En. - Co się stało?
- Jesteś ranna. Spróbuj się opatrzyć albo rozprosz to cholerstwo bo ja nie dam rady.
- Jakie cholerstwo - zapytała średnio przytomnie?
- Kameleona! I pospiesz się. Musimy się ukryć.
En nagle pojawiła się u jego stóp. Była bardzo blada i silnie krwawiła. Niedbale zatamowała krwawienie i zaczęła obwiązywać ranę.
- Skończyłaś? Barka nadlatuje.
- Już - odpowiedziała dziewczyna. Podniosła się powoli i osunęła zemdlona w jego ramiona.
- Pięknie - warknął wojownik!
Przerzucił nieprzytomną kobietę przez ramię i, rozglądając się na boki, powoli ruszył w dół zbocza. Pasje i ich opuściły. Zza skały, tuż przed nim, wyłoniła się łódka. Czterej żołnierze wymierzyli w niego łuki. Dwaj pozostali mężczyźni, niewątpliwie magowie, tylko się uśmiechnęli.
- Nie rób nic głupiego a nie zrobimy wam krzywdy. Po prostu się poddajcie - odezwał się jeden z magów we wspólnej mowie.
- Jak możesz mówić, że nic nam nie zrobicie a jednocześnie kazać nam się poddać? - Marv zaczął grać na zwłokę gorączkowo myśląc, co może zrobić, by wyjść z tego cało. - Jeśli nie chcecie nas krzywdzić, to zostawcie nas w spokoju.
- Nasz kapitan chce z wami porozmawiać. Nie zabijemy was. Odłóż dziewczynę, oddaj broń i...
Nie dokończył. Maruvil postanowił wykorzystać jedyną szansę, by zniknąć: bramę astralną. Nie przewidział, że drugi z magów to ksenomanta, który cały czas obserwuje go w przestrzeni astralnej. Gdy tylko Marv zaczął tkać wątek ksenomanta zareagował błyskawicznie. Wojownik osunął się bezwładnie na ziemię.

----------------- * ----------------


- Co ty, do licha zrobiłeś - krzyknął przerażony Salan? - Mieliśmy ich dostarczyć żywych!
- Spokojnie. To tylko trans śmierci. Przynajmniej się nie wykrwawi od ran. Ją też tak potraktowałem, więc ładujcie na łódkę i nie panikuj - dotrą żywi na barkę.

Aulus nie był pewien, czy się martwić, czy cieszyć. Straty w ludziach były ogromne. Z piątki wrogich adeptów dwoje nie żyło definitywnie (pochopni strażnicy wciąż szorowali podłogę po elfce), dwoje było w nienajlepszym stanie i nie był przekonany, czy ich medyk poradzi sobie z taką ilością ran a po wietrzniaku ślad zaginął. W dodatku druga barka wróciła z niczym. Drakkar, który wydawał się powolny, po zrzuceniu adeptów niesłychanie przyśpieszył, a do tego kapitan, najwyraźniej szalony, prowadził go tak wąskimi wąwozami, że barka mogła tylko pomarzyć o zbliżeniu się do niego. Waza znów przepadła i to on będzie musiał wyjaśnić pani admirał, jak do tego doszło. Już wyobraził sobie siebie, zesłanego do jakiejś zapadłej mieściny na peryferiach Imperium i jego ciałem wstrząsnęły dreszcze.

- Kapitanie?
Nawet nie zauważył, kiedy żołnierz wszedł do kajuty.
- Czego? - warknął.
- Wojownik i kobieta będą żyli. Medyk mówi, że rany nie są tak groźne jak się wydawało. Admirał Tularch nakazała natychmiastowy powrót. Gdy będziemy na miejscu ma pan dostarczyć jej więźniów osobiście. Kurs powrotny już został wyznaczony. Jak tylko skończymy porządkować pokład ruszamy.
- Były jakieś dodatkowe rozkazy dotyczące więźniów?
- Admirał powiedziała tylko, że jak z nimi skończy będą wielbić Therę i służyć jej wiernie do końca swoich dni.
- Łatwo mi w to uwierzyć. Dobrze. Odejdź. I informuj mnie tylko o ważnych sprawach.
- Tak jest.
Żołnierz odszedł a kapitan rozciągnął się na hamaku. "A więc do domu - pomyślał. - Może jednak nie trafię na zesłanie. O ile dowieziemy tych barbarzyńców na miejsce..."

----------------- * ----------------


Obudziłam się dość gwałtownie. Siedziałam skulona przy burcie barki. Wokoło krzątali się mężczyźni, zmywający z pokładu krew. Zrozumiałam, co się stało i miałam ochotę sama siebie spoliczkować za głupotę. Na szczęście, gdy straciłam przytomność, nie oderwałam stóp od podłoża i maskowanie wciąż działało. Spojrzałam na niebo i zamarłam. Było niebieściutkie i wypełnione światłem słońca! Ani jednej chmurki! W środku pory deszczowej! "Gdzie ja, ku....wa, jestem?!" pomyślałam w panice. Wzięłam się w garść i przeanalizowałam sytuację. Jestem nadal na barce, barka stoi i wciąż jest sprzątana, czar trwa około dwudziestu pięciu minut, więc nie mogliśmy odlecieć zbyt daleko. A może mogliśmy? Jak szybko toto lata? I ile mil jest w stanie zrobić w pół godziny? Dopiero po chwili przyszło olśnienie. Jesteśmy ponad chmurami! To mnie trochę uspokoiło. Sprzątają na nieruchomej barce, więc założyłam, że nie opuściliśmy gór scytyjskich. Gdzie moi towarzysze?

Nie miałam czasu na myślenie. Sprzątający byli coraz bliżej a ja stałam w kałuży krwi. Na pewno mnie w końcu zobaczą. Decyzję podjęłam szybko. Raz wietrzniakowi śmierć! Poderwałam się do góry, przeleciałam nad burtą i zapikowałam pod barkę. Kątem oka dostrzegłam zawieszone w powietrzu dwie łódki z łucznikami. Mieli równie zaskoczone miny jak ja. "Tak się nas wystraszyli, że pilnują barek nawet ponad chmurami - pomyślałam przelotnie. - Nieźle." Łódki ruszyły w moją stronę. Śmignęły mi koło ucha strzały. Poszybowałam w dół, ale byli coraz bliżej. Zorientowałam się, że nie dam rady im uciec. Pozostało tylko jedno wyjście. Modląc się do wszystkich Pasji, a zwłaszcza do Thystoniusa, bo ten chyba najbardziej sprzyja szaleńcom, złożyłam skrzydła i runęłam w dół jak kamień. Całe życie przeleciało mi przed oczami, gdy chmury zakryły mi widok a potem skały, w zastraszającym tempie zaczęły się przybliżać. Po raz kolejny dziękowałam w duchu Maruvilowi za to, że mnie zmusił do nauki Chwytania Wiatru. Znów ten talent uratował mi życie. Zawisłam zaledwie kilka metrów nad skałami...

Nie oglądając się za siebie wylądowałam i, kryjąc się za głazami, szybko ruszyłam wzdłuż zbocza, jak najdalej od miejsca, gdzie mogli mnie szukać. Chyba jednak sobie darowali, bo na niebie nie dostrzegłam nic, prócz chmur. Za to na dole zbocza udało mi się zaobserwować trzy Invae chowające coś między kamieniami. Ten widok mnie ucieszył, gdyż wiedziałam, że istoty te szczególnie sobie upodobały góry Scytyjskie.

Dopiero, gdy się upewniłam, że odeszłam dość daleko, i że nie ma wokół mnie żadnych zagrażających mi istot, usiadłam między skałami i zagłębiłam się w swój Wzorzec Drużyny. Nie żyją. Bólu, który poczułam w tamtej chwili nie da się opisać. Jedno, dwoje czy wszyscy, To nie miało znaczenia. W tamtej chwili czułam się jak zagubione dziecko. Siedziałam skulona między skałami a łzy mieszały się z kroplami deszczu. Gdy zabrakło mi już łez przyszła złość. I bunt. Nie! To się nie może tak skończyć! Znajdę ich. Jeśli ktokolwiek ocalał znajdę go! A potem odzyskamy resztę. Obiło mi się kiedyś o uszy, że kogoś, na kim bardzo ci zależy, można odzyskać z ramion samej śmierci. Chwyciłam się tej myśli jak ostatniej deski ratunku. Jeśli ktoś ma mi pomóc to tylko dziadek Dalbar.

Zdeterminowana ruszyłam do Kaeru Nadzieja. Jestem wysokokręgowym adeptem dwóch dyscyplin i podążam ścieżką trzeciej. Nie jestem byle wieśniakiem. Mam już plan. Muszę tylko go wykonać...

Barsawia jeszcze usłyszy o Świetle Nadziei! Kiedyś znów staniemy ramię w ramię i ruszymy po nowe przygody.

Przynajmniej mam z głowy tego cholernego smokowca... Już ja zadbam o to, żeby był przekonany, że wszyscy nie żyjemy...
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Auraya 
Uczeń III Kręgu
Złodziej/MŻ


Wiek: 36
Dołączyła: 01 Sie 2011
Posty: 67
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2013-01-30, 23:05   

Pożegnanie

Tak zakończyła się historia drużyny z Kaeru Nadzieja. Mistrz Gry nie pozwolił mi podjąć próby odzyskania drużyny, choć wcześniej on sam podsunął pomysł, z odzyskaniem Mirim z domeny samej śmierci. Przyznam, że byłam rozgoryczona. Nie mogłam się pogodzić z tym, że adept na wysokich kręgach nie może nic zrobić w takiej sytuacji. A plan wymyśliłam na prawdę dobry i spójny.
Teraz to i tak nie ma znaczenia. Drużyna rozpadła się w Barsawii, uszczupliła się i w Warszawie.
Będąc w szoku, po tych wydarzeniach, stworzyliśmy nową drużynę, ale nie wiem, czy są sesje i kto na nie chodzi, więc mogłabym opisać Wam tylko początkowe przygody. Czy warto? Mnie żadna postać już nie będzie tak bliska jak Auraya. A drużyna, która powstała, nie ma tak silnej przeszłości i więzów jak miała poprzednia.
Jeśli wola w narodzie będzie mówcie - dostaniecie początek. Tyle mogę dla Was jeszcze zrobić na koniec mojej kariery z RPG'ami.
No, chyba, że los się odmieni, i dane mi będzie powrócić do cudownego świata ED... Wtedy, na pewno, się o tym dowiecie!
_________________
Because, really, "Kill it with fire" should be your FIRST reaction to a problem!
 
 
Kosmit 
Czeladnik VIII Kręgu
MG z wyboru


Wiek: 27
Dołączył: 26 Gru 2010
Posty: 428
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2013-02-05, 03:17   

Przykro mi to słyszeć :(
_________________
kosmitpaczy.pl
Zapraszam na mojego bloga.
 
 
Sethariel 
Opiekun X Kręgu


Wiek: 34
Dołączył: 10 Cze 2006
Posty: 1861
Skąd: Wejherowo
Wysłany: 2013-02-06, 03:13   

Ooo. Koniec? Szkoda. Fajny cykl się zrobił :)
_________________
Wojciech 'Sethariel' Żółtański
Gry-Fabularne.pl - serwis o grach fabularnych
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template junglebook v 0.2 modified by Nasedo