Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Gerion
2008-10-27, 12:53
Karczma u Geriona (In Character)
Autor Wiadomość
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-17, 00:52   

Gerion spał snem czujnym i płytkim. Wkurzalo go chrapanie Lancelota, ale nie zbudzi latacza i nie powie mu że w piersiach mu skrzeczy jak płastudze w życi. Dzień byl męczący i pełen wydarzeń, ale troll przywykł do tego.

Tak samo jak do chrapania trubadura.

Gerionowi przyśnił się sen sprzed lat. Kiedy pracował na drakkarze Jorkawa Potężnego, urupańskiego kapitana z Otosk, poznał wtedy bliżej Mystica. Stare dobre czasy... We śnie znów był mlody i gniewny, znów wisiał na linie 20 stóp pod kilem Pięści Jorkawa i trzymał powroz z szamoczącym się Mysticiem i jego przyjaciółką. W ich stronę leciały kamienie, zgniłe buraki i przefermentowany ryż.

Obudził się przed świtem. Delikatnie poszturchał Lancelota, który ledwo co otworzył podpuchnięte z pijaństwa ślepka. Na strychu rzygał Bezbronny.

"To będzie ciężki dzień, Lancelu" - zagadnął zamiast dzieńdobry troll. "Iiiii ..yyyy...ekekek" - wychrypiał z przerażeniem Trubadur..."Va!" pomyślał wietrzniak na trolllowy sposób - "ożesz w mordę Astendara, straciłem głos!!! Va! Va! Va! po trzykroć Va!"


Gerion pozamiatał salę (znalazł kilka ciekawych pozostałości po gościach, tudzież gnaty Sirvaleqa). Nakarmił Pikusia, przewietrzył izbę i poszedł się odlać. Kiedy wrócił, Lancelot panicznie szukał jakiejś nalewki wśród gęstwiny małych buteleczek...

"Stary..."- zaczął troll - "Seth wylał te najważniejsze, jak mnie chcieliście cucić" - dodał z przekąsem. "Oja pierdu" - pomyślał Lancel - 'jak on dziś przez cały dzień będzie miał taki humor, to ja się wyprowadzam do piwnicy SIrValeqa udawać nietoperza."

Troll zaparzył aromatyczną mieszankę ziół. Na patelni skwierczał bekon z młodej huttawy, a w pogotowiu stało 36 kaczych jaj. Gerion uwielbiał tę niezdrową kuchnię z Jerris. Zrobił łyk kwaśnej wody i poczekał, aż się obudzą jego goście i zejdą na dół.
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
Bezbronny 
Nowicjusz
Nie bij


Wiek: 36
Dołączył: 18 Sie 2006
Posty: 1
Wysłany: 2007-01-17, 12:51   

Z samego rana, jak tylko w miarę doszedłem do siebie, schodzę na dól, po czym po małej chwili wychodzę na zewnątrz. biorę kilka wdechów powietrza i lecę do stajni gdzie czeka na mnie moja psina, w locie rozglądam się za kolesiem który mnie skrępował i ograbił. - w myślach [ niech ja dorwę zasrańca jednego ]. szukam uważnie może go rozpoznam, i moją sakiewkę, wszak była zrobiona ze skóry zająca...


Tak sobie po cichu myślę: "hmm jak bym znalazł sakiewkę, nawet pustą, to można by było potraktować jakimś czarem ? aby odczytać to co się działo ostatniej nocy z tym przedmiotem... " I tak pod nosem zamruczałem " szkoda ze nie jestem magiem ".
_________________
-=[ PIWO Rule 4 Ever ]=-
Ostatnio zmieniony przez Gerion 2007-01-17, 15:01, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-17, 15:01   

Bezbronny wleciał rozkojarzony do stajni. Jego pies spał w najlepsze. Obudził go myśląc: "hmm jak bym znalazł sakiewkę, nawet pustą, to można by było potraktować jakimś czarem ? aby odczytać to co się działo ostatniej nocy z tym przedmiotem... szkoda ze nie jestem magiem ". - zamruczał pod nosem.

Wyjechał na zewnątrz oślepiony porannym słońcem. "CO to za wiocha w której się znalazłem?" - pomyślał? I nagle zmartwiał. "Przecież to Urupa do cholery! 60 tysięcy Dawców Imion !!" Poczuł się przybity i załamany. Jak w takim gąszczu, w obcym mieście w którym nie ma domków na drzewie (jak w jego zapadłej dziurze), odnaleźć tego, który go okradł...

Gdyby miał więcej rozumu i był trzeźwy porozmawiałby z Klik, albo z Ksenomantą...duchy widzą wiele i wiedzą wiele...Tylko czym Bezbronny mógłby się im odpłacić???
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
sir_lancelot 
Czeladnik VI Kręgu
Sir Lancelot


Wiek: 37
Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 304
Skąd: Iława
Wysłany: 2007-01-17, 17:43   

... Lancelot zwykł mieć straszne gazy po dużej ilości piwa... Kiedy zasypiał Geriona niejednokrotnie bydziły odgłosy inne od śmiesznego piskliwego chrapania które dobywało się z ust małego klapiącego paszczą skrzydlatego ludzika...

... Tej nocy Lancelot śnił sobie że zabrał Klik na piknik na pobliską łąkę... Uśmiechał się co chwila i powtarzał przez sen... "Co łaska moja Panno"... "Nie krępuj się słodziutka"... "O Klik!"...

... Klik była jakaś rozpromieniona i ubrana kuso...[O Wiele bardziej kuso niż w gospodzie siedząc sztywno na stołku w strategicznym miejscu sali]... Może był to efekt wieczornego pijaństwa a może po prostu wnikliwa obserwacja jakiej wietrzniak dokonał poprzedniego dnia wodząc oczyma po spiętym ciele kradziejki...

... "Połóż się Klik i odpręż wreszcie... Ja zrobię Ci masaż..."...

... Gerion słysząc to o czym Lancelot majaczył uśmiechnął się tylko słysząc jak ta pocieszna istota z wiecznie otwartą buzią nawet we śnie gada i to takie niestworzone rzeczy:)...

... Przecież Klik to by Lancelota skradła, do torby schowała i na targu sprzedała jako papugę do klatki... Przebiegło przez myśl Gerionowi po czym założył ręce stojąc w drzwiach pokoju i uśmiechnął się patrząc na pociesznego trubadura pogrążonego w sennych fantazjach:)...

... Właśnie śniło się Lancelotowi że słodko i zbereźnie baraszkuje sobie z Klik na zatopionej w słońcu wiosennej łące kiedy nagle jakiś ogromny paluch się wyłonił i go obudził...

... "Gerion! Gerion! Nie mogłeś poczekać moment? Taki miałem fajny sen no... Brutalu Ty!"... "No dobra już wstaje:P... Zawsze mnie wystraszysz swoim ogromnym palcem z samego rana... Takiej pobudki Ci życzę kiedyś... Żebyś wiedział że idzie się przestraszyć będąc tak wyrwanym ze snu:)"... - to chciał właśnie powiedzieć wietrzniak. Zamiast tego jednak z jego gardła się wydobyło:"Iiiii ..yyyy...ekekek"

Usłyszawszy jak ktoś rzyga poleżał chwilę z otwartymi oczami zwróconymi w kierunku powały i po chwili zadumania stwierdził..."Bezbronny... A ja się zastanawiałem gdzie go wcięło wczoraj:)... To już wiem gdzie był:)...[Uśmiechnął się Lancelot, chuchnął sobie w dłonie, skrzywił się i poleciał jak z procy aby dokonać poranną toaletę]...

..."A co niby będzie takiego trudnego tego dnia?" ... chciał zwrócić się wietrzniak do Geriona kiedy wrócił i wyciskał sobie szybkimi uderzeniami wodę z uszu...Zamiast tego wychrypial "Aa..oo eeedzie...ykykyk..uuuudneeeooo ekekeke.."

"Va!" pomyślał wietrzniak na trolllowy sposób - "ożesz w mordę Astendara, straciłem głos!!! Va! Va! Va! po trzykroć Va!"

Zaczął panicznie szukać jakiegoś eliksiru na gardlo.

Spojrzał pytająco na Geriona... "Stary..."- zaczął troll - "Seth wylał te najważniejsze, jak mnie chcieliście cucić" - dodał z przekąsem.

Pierwotnie chciał pogadać z cierpiącym na alkoholowe dolegliwości Bezbronnym ale kiedy okazało się że ten gdzieś wybył, a on sam stracił chwilowo głos... To postanowił nie przeszkadzać Gerionowi w kuchni tylko dołożyć coś od siebie do aromatu Gerionowej jajecznicy...

... Z tą myślą poleciał do pokoju Geriona... Poszperał chwilę w swoich tobołkach i wytargał stamtąd maleńkie śmieszne skrzypeczki... Wrócił do sali dla gości i usiadłszy na szynkwasie z nogami dyndającymi rytmicznie zaczął grać melodię która miała skłonić gości Geriona do miłej pobudki i do pojawienie się w celu skonsumowania śniadania tak pieczołowicie przez Trolla przygotowywanego...

... Uśmiechnął się Lancelot i zaczął grać... Z większym widocznie trudem niż na swoim flecie ale widać było na Jego twarzy skupienie które owocowało pięknymi dźwiękami które rozniosły się błyskawicznie po całej karczmie...

... Lancelot postanowił powitać każdego z Gości Geriona na swój sposób muzyką tego "ciężkiego" we wróżbach trollowych dnia... Niektórych przywitał mroczną balladą o nieuchronności śmierci... niektórych powitał tajemniczą historią o nieprzewidywalnym losom każdego kolejnego dnia... a Klik przywitał pieśnią o pocałunku:)...

...[Jak już wszyscy zejdą to wtrząchnę trochę jajecznicy bo Gerion przyrządza ją pierwsza klasa i poszukam tego mojego Bezbronnego skacowanego wietrzniackiego przyjaciela od kielicha:)]...

01. Rakim.zip
Dla: Bezbronnego, Misiołaka, Sharkuza
Pobierz Plik ściągnięto 192 raz(y) 2,98 MB

Requiem for a Dream - 01 - Summer - Overture.zip
Dla: Abishaia, Mystica, Sir'Valeqa
Pobierz Plik ściągnięto 186 raz(y) 1,47 MB

14-BALLADA STEPOWA - PIESN LUSNI.zip
Dla: Geriona, Vasqueza, Setha
Pobierz Plik ściągnięto 195 raz(y) 1,53 MB

(03) The last of the Mohicans - The Kiss.zip
Dla: Klik
Pobierz Plik ściągnięto 194 raz(y) 1,59 MB

_________________
http://www.myspace.com/sobiewolaclub

http://www.sobiewola.pl/
Ostatnio zmieniony przez Gerion 2007-01-17, 19:47, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-17, 19:12   

Vasquez mozolnie wspinał się po szarych głazach..."Jeszcze tylko półtorej mili i znajdę się na dzikim trakcie do Otchłani" - myślal zaciskając zęby. Tym razem nie wziął wierzchowca. W rejonie Aras Nehem żaden wierzchowiec by nie zniósł splugawienia przestrzeni astralnej. A Łowca uważał za ostatnią rzecz narażanie niewinnych zwierząt na kontakt z Ristulem.

Po nocnych wydarzeniach nie mógł spać spokojnie. Czuł wzbierający falą w piersi ból, fizyczny ból spowodowany kryzysem talentów. Lecz z każdym krokiem, jaki go zbliżał do Aras Nehem, ból ten łagodniał. Umacniała się za to pewność kim jest, czym jest i jaka jest jego rola w tym pełnym magii świecie...

Jeszcze tylko 13 dni marszu. Jak tylko zobaczy stada wstrętnych Kryllowców i wyczuje pierwsze konstrukty - wtedy zacznie sukcesywnie realizować swój plan. Uśmiechał się z zadumą...

***
Ksenomanta leżał sobie wygodnie w kamiennej kadzi wypełnionej jakąś cieczą. SirValeq wylegiwał się w piwnicach magazynu które niedawno zaadoptował na pracownię. Szczwany Jorge wynajął mu je za bezcen. I zapewniał, że znajdzie w nich wiele kości. Nie kłamał.

T'skrang ze spokojem kontynuował swoje badania nad odmianą zaklęcia przyzywającego Kościołaza. Od miesięcy pracował nad tym w skupieniu jednak ostatnimi czasy projekt zaczął go nudzić. Było to wręcz sprzeczne z jego naturą więc adpet zaczął badać swój wzorzec starając się dociec zmian. Co bowiem rodzi się we wzorcu, od razu ukazuje się na zewnątrz.

Minęła mu irytacja z wczorajszego dnia, której powodem była Złodziejka. Pomyślał sobie o Roxie, a raczej jego duchu błąkającym się po przybytku Geriona. Podjął decyzję. Wstał otarł swoje łuskowane ciało i przywdział szaty. Sprawdził wczorajszy, nowy glif - wszystko było w porządku. Wtarł w dłonie odrobinę maści i ruszył na światło dzienne, zabierając z sobą to co zwykle. Kroki swe skierował ku Dzielnicy Przybyszów.

***

Klik przeciągała się w łóżku. Ziewając głośno omal nie zwichnęła sobie szczęki. "Aaaaaale się wyspałam" - stwierdziła. Po nocnej rozmowie z Gerionem i Dagnim poczuła się lżej na duszy. Gdy do jej wąskiego noska dotarł zapach jajecznicy - zaburczało jej w brzuchu. "Dobra, najpierw przyjemności potem obowiązek" - pomyślała, licząc na to, ze o tak wczesnej porze SirValeq nie bywa gościem u Geriona...

Gdy Klik schodziła do sali jadalne po polerowanych schodach z tylońskiej jodly. Lancelot zacząl grać jakąś romantyczną melodię na skrzypcach. Złodziejka jakby tego wcale nie zauważyła. Przywitala się z pustą salą i Gerionem i usiadła przy oknie delektując się lenistwem poranka.

***

Oh jak Lancelot grał. Sam Aulcroft byłby z niego dumny, a Omeyras pewnie postawiłby mu piwo. Próbował od czasu do czasu coś zaśpiewać...Głos wracał mu z wolna. Gdy skończył rzewnie rzępolić dla Klik, pofrunął do gerionowej kuchni...wtrząchnął surowe jajko i przepłukał gardło kwaśną woda trolla (okazało się, że ten poprostu wyciskał do niej cytrynę). "Mi mi mi mi mi mi" - zaczął Lancel tenorem. 'Miiiiiiiiiiiiiiii miiii miiiiiiii miiii" - przepuścił odrobinę energii karmicznej przez wzorzec swego talentu. W karczmie jakby wydarł się nagle wielki Chór Wietrzniaków z Dolin Leśnych Głębi. Lancel odetchnął zadowolony z siebie.
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
abishai 
Uczeń III Kręgu


Wiek: 39
Dołączył: 28 Lis 2006
Posty: 58
Wysłany: 2007-01-17, 20:05   

Abishai spoglądał na piktogramy pokrywające ściany i wykorzystując magię swej dyscypliny próbował odczytać wyryte inskrypcje. Dialekt był podobny do języka t'skrangów, jaki znał z okolic Throalu. A jednocześnie na tyle odmienny , że jak dotąd, zafascynowany nim iluzjonista nie zdołał go odcyfrować. Kto by pomyślał, że takie interesujące rzeczy można znaleźć starym cmentarzem miejskim w Vivane . Iluzjoniście nie przeszkadzały nawet zawodzenia Israndila odprawiającego jeden ze swych rytuałów. Zresztą, odkąd elfi ksenomanta nawiązał ożywione kontakty ze Stowarzyszeniem, zaczął często odprawiać różne rytuały. Iluzjonistę drażniło to, że Israndil był bardzo tajemniczy, jeśli chodzi o tą organizację. Co prawda elf był przywódcą ich drużyny.... Sami go w końcu wybrali. Ale współpraca z organizacją , o której prawie nic się nie wiedziało, budziła wątpliwości. Zresztą nie tylko u Abishai'a.. Także Skerrit Ith'alan , podzielał jego obawy. Niemniej współpraca z tą tajemnicza organizacją była opłacalna i to przekonywała Urthę i Daviusa, do poparcia Israndila. Abishai musiał się z nimi zgodzić.. Dzięki informacjom i przedmiotom dostarczonym przez Stowarzyszenie bez problemu przeszli przez bariery broniące wyjścia z Głębokich Grobowców, a walka z konstruktami i nieumarłymi okazywała się bardzo prosta.
Israndila zawodzenie przeszło w wysoki krzyk, przeszkadzając krasnoludowi w odczytaniu tekstu.
"- Słowo daję, kiedyś opłacę ci lekcje śpiewu elfie.-" burknął pod nosem krasnolud.
- Abishai!- krzyk Urthy, zmroził krew w żyłach krasnoluda. Iluzjonista odwrócił się i widok który zobaczył przez chwilę go na moment sparaliżował . Na rytualnym kręgiem unosił się pionowo fioletowy wir astralnej energii, z jego środka wynurzyła się głowa ni to mrówki ni modliszki, otoczona kilkunastoma mackami zakończonymi pazurami. Elf patrzył na nią wzrokiem pełnym strachu i fascynacji jednocześnie.
"- Israndil, odsuń się powoli .- "rzekła nieco spanikowanym głosem orcza wojowniczka.
Kątem oka Abishai dostrzegł, że Davius sięga po swój wątkowy miecz i krótki sztylet, szykując się do walki, zaś t'skrandzki łucznik stoi i gapi się, jakby był jednym z kamiennych posągów stojących u wejścia do tej komnaty.
Elf dopiero po chwili zaczął wykonywać polecenie orczycy. Głowa stwora przekrzywiła się lekko w bok i nagle dwie macki wystrzeliły do przodu owijając się wokół tułowia ksenomanty.
- Israndil!!- krzyknęła spanikowanym głosem orczyca i rzuciła się w kierunku elfa. Odrzuciwszy swój topór chwyciła za ramię Israndila, starając się go wyrwać z objęć macek potwora. Davius zaszarżował na stwora wyraźnie celując mieczem w owadzie oko, ale jedna z macek potwora stanęła do drodze ostrza, fechtmistrz obróciwszy się wokół własnej osi próbował zadać cios druga bronią, ale i tu macka stwora zablokowała cios.
Abishai bynajmniej nie przyglądał się biernie. Kryształki na jego przedramieniu zalśniły, gdy ożywił linę ,którą nosił przy pasie. Sznur kierowany wolą iluzjonisty, zaplótł się na ramieniu jedno za kamiennych posągów przy wyjściu, po czym oplótł nogę ksenomanty, zbliżającego się coraz bardziej do żuwaczek stwora.
- Davius, zajmij go bardziej, Skerrit, co ty wyprawiasz Na sztylet Vestriala ?! -krzyknął Abishai głosem pełnym paniki. chwyciwszy za linę, i zapierając się o podłoże stopami.
-Staram się ! - odkrzyknął głosem pełnym gniewu Davius, lawirujący pomiędzy próbującymi go schwytać mackami. Fechmistrz został zmuszony do obrony, co godziło w jego dumę.
- Tracimy go !!- w głosie orczycy była panika, ale najgorsze było to, że miała rację.. Mimo liny, i wysiłków iluzjonisty i wojowniczki, Israndil był coraz bliżej paszczy stwora. Ksenomanta był przerażony, po raz pierwszy w życiu.
"- Obyś się smażył w Morzu Śmierci po wsze czasy robalu.!" - krzyknął rozpaczliwie Abishai puszczając linę i tkając watki do kolejnego czaru. Co prawda iluzyjna kula ognia mogłaby nie zrobić żadnego wrażenia na stworze. Ale Abishai nie miał już nic do stracenia. Zanim jednak rzucił czar jedna z macek stwora uderzyła w linę, potem w plecy iluzjonisty. Krasnolud poczuł olbrzymi ból, gdy pazury rozdarły skórę na plecach aż do żywego mięsa. Ale ten ból był przyćmiony przez straszliwy widok i dźwięki temu towarzyszące. Stwór odtrącił orczycę jedna z macek, zaciągnął ksenomantę do swojej paszczy i zaczął go żywcem zjadać, od nóg zaczynając. Wrzaski Israndila wyjącego ze straszliwego bólu, rozbrzmiewały głucho w komnacie, paraliżując całą grupę. Gdy bestia zjadła elfa, to jej głowa schowała się w wirze astralnej energii, a sam wir szybko zmniejszał swój rozmiar, a na końcu znikł. nastała cisza przerywana łkaniem t'skranga i powtarzanymi przez niego słowami ."- Nie potrafiłem, nie mogłem ,nie potrafiłem..."

Abishai obudził się spocony ...Mimo lat jakie upłynęły od tamtego czasu, jednak koszmar tamtych wydarzeń wracał co jakiś czas. Iluzjonista rozejrzał po komnacie. Do świtu były jeszcze dwie godziny, ale iluzjonista nie mógł już dziś zasnąć. Czekał więc w swoim pokoiku do nastania brzasku. Wtedy obmył się w wodzie i ubrał. Owinął się liną w pasie i wsadził za pas kindżał orkowych nomadów. Następnie zszedł po schodach w dół.
Nocny koszmar i ponure wspomnienia spowodowały, że nie był w humorze.. Dlatego też nie zwrócił zbytnie uwagi na muzyczkę jaką uraczył go wietrzniacki trubadur.
Dopiero suty posiłek poprawił humor iluzjoniście.
"- Nie może padać cały czas"- rzekł do siebie przypominając sobie słowa swego mentora.
Po czym rzekł do Geriona.- "Mości Gerionie, możesz mi polecić jakiegoś przewodnika? Może być choćby wietrzniak, byle miasto znał."
Ostatnio zmieniony przez abishai 2007-01-17, 20:39, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Misiołak 
Uczeń II Kręgu
Łakomiś


Wiek: 36
Dołączył: 23 Maj 2006
Posty: 47
Skąd: Bydgoszcz/Londyn
Wysłany: 2007-01-17, 20:19   

Misiołak ziewał tak, że mógłby połknąć grzmotorożca w całości. Trąc ogromniastymi pięściami zaspane oczęta, leniwie poczłapał na podwórze. Tam odetchnął pełną piersią, poczochrał przetłuszczone kudły i zabrał się do przygotowania kąpieli.
Rozdział się do pasa, a następnie napełnił koryto wodą ze studni. Wyjął z sakwy łodygi mydelnic, rozgniótł je na miazgę, po czym, zrzuciwszy resztki odzienia, natarł mazią całe ciało łącznie z włosami. Po chwili począł energicznie szorować skórę ryżową szczotką.

Niedźwiedzica z wyraźną dezaprobatą obserwował te zabiegi. W końcu sapnęła zrezygnowana i radośnie zaczęła się tarzać w piachu dziedzińca.

Tymczasem Władca zanurzył się w chłodnej wodzie i spłukał brud wielotygodniowej wędrówki. Znudzony zabawą w puszczanie bąków pod wodą wyskoczył z kąpieli. Susząc się dostrzegł pod płotem kępę pokrzyw. Zerwał solidną wiązkę i oddał się rozkosznej chłoście. Na koniec chwilę pomocował się ze skołtunionymi włosami i brodą. Wreszcie porzucił daremne trudy i dyplomatycznie skrócił je nieco przy pomocy noża.

Sięgnął po porzucone ubranie, powąchał i po dłuższym namyśle wrzucił do koryta. Postronny obserwator mógłby przysiąc, że Baryłeczka przewróciła oczami.

Gdy tylko rozwiesił pranie, powrócił w samej przepasce biodrowej do wnętrza karczmy, gdzie miał w planach spożyć sute śniadanie. Od lat hołdował znanej maksymie: śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację odstąp wrogowi. W myślach już pałaszował rozliczne specjały - jajecznicę z pół kopy jaj przystrojoną grubymi, tłustymi plastrami boczku, do tego kiszone ogórki, papryka i kapusta, dwie kształtne goloneczki omaszczone bogato ostrym chrzanem, koryto owsianki z owocami i miodem, bochen świeżego pachnącego chleba ze złocistym masełkiem... Zaburczało mu solidnie w brzuszysku.

Baryłeczka nie była tak wybredna. Do szczęścia wystarczyłby jej solidny wołowy udziec.
_________________
.:Rysunki:.:Blog:.
 
 
Sir Valeq 
Uczeń IV Kręgu
Gracz


Dołączył: 01 Cze 2006
Posty: 82
Skąd: Włocławek/Łódź
Wysłany: 2007-01-17, 21:07   

Ksenomanta nie lubił słonecznych poranków. Nie dlatego, że wielu Dawców Imion kręciło się po ulicach, wskazując go palcem i szepcząc między sobą - oni byli nudni, a on nie zwracał uwagi na nudne rzeczy. Nie lubił ich dlatego, że jego oczy były zbyt wrażliwe na światło, z powodu nieudanego kiedyś wypuszczenia flary do przestrzeni astralnej... Nasunął więc kaptur ze specjalnym rozcięciem z tyłu i podążał dalej do karczmy.

Nie szedł najprostszą drogą, ale kluczył, jak zwykle, by nie wpadać w rutynę. Jak zwykle, w jakimś zacienionym zaułku zostawił wijącego się z bólu rzezimieszka...

Nie jadł śniadania, więc z głodu ostatnie zakręty przed karczmą mijał dzięki zmysłowi powonienia. Coś się już u Geriona pichciło. Oczywiście jajecznica. Ale tak się składało, że chciał odpocząć od ryb, więc menu mu pasowało.

W karczmie zastał półnagiego Władcę Zwierząt ("Dobrze, że przynajmniej ten nie wstydzi się swojej cielesnej powłoki." - pomyślał), Trubadura jak zwykle głośnego, Złodziejkę oraz Abishaia rozmawiającego z gospodarzem. Nikogo, poza tym ostatnim nie zaszczycił nawet spojrzeniem.

Udał się w swój ulubiony kąt (tak, to był jeden z nawyków, którego nie chciał się wyzbywać), mówiąc do Geriona:

"Przyssssiądź ssssię do mnie, kiedy będziesszz miał chwilę. Ale najpierw śśśśniadanie," - tu nagle przerwał i nadstawił uszu. - "Bo ssssssłyszę, że nie tylko ja jesssstem głodny..."

Usiadł i zaczął rozglądać się za duchem Roxa...
_________________
"We cannot all be masters." - William Shakespeare

http://artofcreation.strefa.pl
 
 
Sharkuz 
Uczeń III Kręgu


Wiek: 39
Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 77
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-17, 22:30   

Poczuł żelazny uścisk na barku.

-Wstawaj Krwawy bo olinowanie zajmujesz jak zwykle!

Sharkuz wyplątał się spośród lin, po czym zeskoczył z chwiejącego się drzewca na pokład Drakkaru. Ich "Kamienny Pazur" jeszcze ciężko dyszał odpoczywając po ostatnim rajdzie huraganów.
Poranna praca na statku nie należała do lekkich. Dwa drzewce na maszcie były do wymiany, takielunek rufy do naciągnięcia, a poza tym brakowało kilku sztuk drewnianych bloków... Sharkuz kochał każdą częśc Kamiennego Pazura, dla pokładu i załogi powierzył własną krew oraz życie!

Słońce ogrzewało kamratów, nastało południe.
Zarzucił na ramię młot bojowy, zacisnął zęby, spiął ciało czując jak magia rozlewa się po mięśniach niczym silny wiatr wypełniający żagle. Już! Poczuł jak wzorzec pochwycił świszczący wiatr... Runął w dół, w głąb przedmieścia Urupy.
_________________
I tylko drzewa jak świat światem
ukłony ślą tym, co pod wiatr....
 
 
mystic 
Czeladnik VII Kręgu
Emeryt


Wiek: 109
Dołączył: 27 Maj 2006
Posty: 882
Skąd: Częstochowa
Wysłany: 2007-01-17, 23:49   

Poczuł jak delikatny wiaterek muska jego kark. Odwrócił się. To Bibi przyniosła lekkie śniadanie i herbatę dla czarodzieja. Uśmiechnął się widząc jej rozanieloną twarz. Była jednym z niewielu źródeł radości w jego pełnym stresu, pracy i ciągłego patrzenia się za siebie życiu. nigdy nie żałował, że okazał wtedy odrobinę ludzkich uczuć. Pozostawieni samym sobie nie przeżyliby. Kosztowało go to coprawda jakieś pół roku umykania t'skrangom z aropagoi Syrtis, ale obecnie niczego nie żałował. Wietrzniaki miały naturę gadatliwych rozrabiaków, ale nigdy nie zapominały tego co im zrobiłeś. Mogły być twoimi największymi przyjaciółmi lud dozgonnymi wrogami. Na szczęście w tym przypadku ewidentnie były tymi pierwszymi.
Bibi i jej dwaj bracia byli torturowani przez kilku Syrtisów, gdy natknął się na nich. Po krótkiej wymianie zdań Syrtisi zaatakowali wyszczekanego człowieczka. Nie wiedzieli że oddalił się tylko kawałek od obozu, w którym była reszta jego drużyny. Nie sądzili też że wytrzyma ich napór wystarczająco długo, by ktokolwiek mógł usłyszeć jego krzyki. Wytrzymał. Niewiele brakowało, ale wytrzymał. Kiedy t'skrangi zobaczyli nadbiegających kompanów, dali nogę. To był największy błąd pozwolić im uciec.
Wietrzniaki były w jeszcze gorszym stanie niż czarodziej. Starszy brat Bibi nie dożył ranka. Ona sama była 3 dni nieprzytomna. Gdy dotarło do niej co się stało lamenty nie miały końca.
"Koniec końców skończyła jako niańka starego pryka" - zaśmiał się w duchu Mystic.
Ona i jej brat zamieszkali u czarodzieja w Urupie i pomagali mu ze wszystkich sił, za co ten odpłacał się czym mógł. Często sprowadzali też przyjaciół, także dom czarodzieja tętnił życiem. Jednak pokoje na piętrze domu dostępne były tylko dla rodzeństwa. Czarodziej zadbał o to by nikt inny nie wszedł tam, a już na pewno nie bez jego wiedzy. Tyle co odprawił rytuał poświęcony pięciu żywiołom, a teraz studiował wiadomości dostarczone mu przez Jupika.
Młodszy brat Bibi widział dużo. Tego czego nie widział dostarczali mu inni informatorzy. W mieście dysponował dość dużą budowaną przez lata nieustannych zmagań z Mygrellem siatką. Na pewno używał ich też do swoich celów. Jednak czarodziejowi to nie przeszkadzało. Żyli w absolutnej symbiozie i było im z tym bardzo dobrze. Odłożył notatkę wzmiankującą starcie dwóch elfów przerwane przez paskudnie wyglądającego orka. To na pewno Vasquez, a jeśli niósł jednego z elfów do świątyni Garlen, to mógł to być Seth. Czarodziej miał nadzieję, że fechtmistrz przeżył noc. Kilka razy był przydatny, poza tym nie chciał, by któryś z przyjaciół Geriona ginął zarżnięty w nocy. Poinstruował Jupika, by ten dowiedział się kim byli obaj elfowie i co się dokładnie stało. Zastanawiał się czy nie kazać im obserwować Klik, ale zrezygnował. Pantera jest sprytna, zorientuje się i spłoszy. Tego zdecydowanie nie chciał.
Zjadł śniadanie po czym rozprostował przemarszczone ciało.
- Ciekawe co nam przyniesie ten dzień - rzekł do Bibi
- Mógłby przynieść kąpiel - zapiszczała w odpowiedzi mała istotka - Już prawie nie da się z tobą przebywać dziaduniu.
- Kąpiel musi poczekać, muszę się wziąć za medytację
Czarodziej wyszedł do gabinetu zamknął się by nikt mu nie przeszkadzał, wyrównał oddech i rozpoczął medytację. Wyobrażał sobie jak nowe doświadczenia mogą pomóc mu w wyrwaniu się z objęć śmierci. Starzec medytował Test życia. Chciał się lepiej przygotować na nadchodzącą zawieruchę.
Ostatnio zmieniony przez mystic 2007-01-18, 19:24, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
sir_lancelot 
Czeladnik VI Kręgu
Sir Lancelot


Wiek: 37
Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 304
Skąd: Iława
Wysłany: 2007-01-17, 23:59   

Jak postanowił Lancelot tak tez uczynił. Powitał każdego z gości Geriona pieśnią i muzyką. Widząc jednak nikłe zainteresowania a wręcz ignorancję przestał się wysilać i obciążać gardło ledwo wydające głos mimo wcześniejszych konserwująco odświeżających zabiegów.

[Banda ignorantów] - Pomyślał trubadur a na znak tego że tak właśnie pomyślał dokończył akurat graną melodię i zwinąwszy instrumenty odniósł je na miejsce.

Wracając zabrał z kuchni miskę z jajecznicą którą przygotował dla niego Gerion i usiadł na szynkwasie i zaczął jeść.

[Patałachy] - Ględził w myślach sfrustrowany wietrzniak. [Nie dość że mi gardło wysiadło, mam kaca to specjalnie zagrałem kilka utworów aby każdy się poczuł wyróżniony jako że to jedna wielka banda śmierdzących indywidualistów. A tu nic. Ani aprobaty ani dezaprobaty, ani nawet spojrzenia czy zwrócenia najmniejszej uwagi. Co ja już grac i śpiewać nie potrafię?] - Na sama myśl wyraźnie się zmartwił. Spuścił zniechęcony głowę, dokończył w milczeniu śniadanie i zaczekał aż każdy z gości dokończy jedzenie.

Kiedy ostatni zadumany Abishai skończył Lancelot jak przystało na bądź co bądź pracownika tego przybytku zebrał od wszystkich talerze i sztućce i bez słowa z grobową jak na niego miną(co już sami z siebie było dziwne i podejrzane) poleciał zmyć talerze do kuchni co mu się nigdy nie zdarzało.

Nawet Gerion się zdziwił. Kiedy jednak zdał sobie sprawę jaka cisza zaległa w gospodzie to zdał sobie sprawę że ambitny i zapalony zmysł artystyczny trubadura został urażony brakiem jakichkolwiek efektów jego porannego wysiłku.

[Nawet nie spojrzała psia mać! Ja tu gardło resztkami sił nadwyrężam i na rzęsach staje grając na instrumencie na którym się grac dopiero uczę a ta ani drgnie. Już ja se to zapamiętam! Jak mi tylko głos wróci to już ja Jej powiem! Złodziej złodziejem ale baba powinna zareagować na muzykę jakkolwiek.]

Lancelot zmył w ciszy i pokorze naczynia. Wytarł dłonie i wrócił do izby gościnnej. Wszyscy siedzieli w grobowej ciszy i ani myśleli zwrócić na Niego uwagę.

"Bydło! No co za bydło! Z jakiego pastwiska się żeście wszyscy pourywali?" - Chciał krzyczeć Lancelot ale oprócz nerwowego wymachiwania ramionami nic więcej nie wzruszyło powietrza. Lancelot stracił głos. Stracił go chcąc umilić tym wieprzom i tej tu oto świni poranek i śniadanie a tak go potraktowali że nawet teraz kiedy niemy sie do nich zwraca to nawet nikt nie spojrzy.

Długo gestykulował Lancelot nie mogąc dobyć ani słowa z gardła. Machał rękoma i machał. Narobił przeciągu a i tak nikt nawet nie spojrzał. Machnął w końcu ręką i odfrunął na zaplecze aby się schować w kaptur Geriona tam rozpaczać nad porażką wysiłków jego dyscypliny.

[Co z tego że ich dużo?! Co z tego że to adepci?! Znani, oczytani, bystrzy. Żaden z nich nie potrafi docenić piękna sztuki i wysiłku twórcy. Będzwały!!! Złościł się w myślach Lancelot i w swojej dobroduszności dziękował Pasjom że stracił głos właśnie w tym momencie i nie wykrzyczy wszystkim czegoś czego za chwile mógłby żałować]...

Położył się w kapturze stroju Trolla i zasnął z brwiami ze złości ułożonymi w literę V.

Nie spał długo. Tuż po przebudzeniu minę miał już pogodną a w myślach jego przewijało się stwierdzenie które chyba wyśnił:

[W dupie z nimi. Ja ich na siłę koneserami sztuki nie będę robił jak się ze wsi od kopania kartofli wyrwali. Magowie, nie magowie - wszystko prostaki!]

Z tą myślą i z uśmiechem na ustach wyciągnął swoją fujarkę zamknął oczy i zagrał po prostu dla siebie piękną melodię na odejście złości i złych myśli.

Melodia pomagała mu w złych chwilach od zawsze. Pomogła i tym razem w oka mgnieniu.

07-DWORSKIE ROZMOWY.zip
Lancelot zwycięża troski.
Pobierz Plik ściągnięto 195 raz(y) 855,72 KB

_________________
http://www.myspace.com/sobiewolaclub

http://www.sobiewola.pl/
 
 
 
Sethariel 
Opiekun X Kręgu


Wiek: 35
Dołączył: 10 Cze 2006
Posty: 1861
Skąd: Wejherowo
Wysłany: 2007-01-18, 00:41   

Powstrzymując odruchy wymiotne Seth zanurzył swoja głowę całkowicie w wodzie. To zwykle orzeźwiało elfa, lubił wodę, lubił kontakt z nią. To między innymi dlatego tak dobrze wspominał swój pobyt na Pływającej Wyspie aropagoi V'strimon. Nie wspominając o kąpieli Astendar w Łaźni 9 Pasji. Fechtmistrz rozmarzył się na chwilę, przypominając sobie te wszystkie cielesne przyjemności. Niestety ból od poparzeń dawał o sobie znać i nie pozwalał na jakiekolwiek odrywanie się od rzeczywistości. A rzeczywistość była bardzo skomplikowana i brutalna.

Seth przypomniał sobie całe wczorajsze zajście w Dzielnicy Przybyszów. Dosłownie chwilę po pojawieniu się dwóch nieznajomych, którzy go zaatakowali, zjawiła się kolejna osoba żądna krwi fechtmistrza.

"Pojawił się znikąd, jak tamta dwójka... Wyglądał jednak jakoś znajomo... Skąd ja go znam? Wiem, że był Powiernikiem Zaufania, ale skąd...? Już wiem! Przecież to ten zarozumiały elf, którego widziałem u Mistrza Kattarna, u którego pobierałem lekcje carromeleg." Seth przypomniał sobie starego nauczyciela, który dłuższy czas temu pokazał młodemu jeszcze wtedy fechtmistrzowi podstawy unikalnego elfickiego stylu walki. Nie opanował ich, nie chciał nawet. Wykorzystał je jednak do stworzenia własnego stylu walki mieczem, opartego jedynie na carrameleg ognia.

"Teraz już wiem czemu nie zaskoczyło mnie użycie przez niego tego stylu w walce ze mną. Te charakterystyczne ruchy... Sądząc z nich elf musiał być w tej technice bardzo zaawansowany. Może nawet mistrz... Poruszał się jak woda... Woda gasi ogień... Ogniem oczywiście jestem ja... Więc to wszystko było dokładnie zaplanowane, jak na szachownicy... Tylko dlaczego?? Co takiego posiadam? Bo moje życie chyba aż tak ważne nie jest..."

Seth obawiał się najgorszego, Myrgelle pradopodobnie żył... Nie dość, że miał medalion - pomniejszy przedmiot wzorca fechtmistrza, to na dodatek znowu udało mu się wciągnąć Setha w jedną ze swoich gierek. Tym razem "gierka" wydawała się jednak o wiele poważniejsza. Iopos, Myrgelle, i ktoś trzeci. Trzecią siłą był ktokolwiek, kto pozbawił przytomności Setha wraz z Powiernikiem Zaufania w chwili gdy Fechtmistrz zadawał decydujący cios.

"Pchnięcie było idealne... Po krótkiej wymianie ciosów udało mi się co nieco rozpracować jego styl, zacząłem przwidywać jego kolejne posunięcia, choć wcale nie było to takie łatwe, jak i bezpieczne. Czułem, że jakikolwiek błąd w obliczeniach mógł kosztować mnie życiem. Jednak udało się... Przebiłem się przez jego zasłonę prostym przeciwtempem i zadałem jedno celne pchnięcie, prosto w serce... Wtedy zobaczyłem jakiś błysk od mojej prawej strony, wielka ognista fala popędziła w naszym kierunku..."

Seth zanurzył się ponownie w wodzie. Przemył po raz kolejny wszystkie rany, okropnie go piekły. "Czyli zmiana planów... Złodziej będzie musiał poczekać, zresztą okradanie osoby, która może się zemścić, a okradanie umarlaka to dwie różne sprawy."

"Przydałby się teraz ktoś, kto powiedziałby co nieco o przyszłości, przewidział wydarzenia lub chociaż podpowiedział na czym się skupić. Ktoś taki jak ten iluzjonista - wróżbita Detreth Silvane z Wielkiego Targu, właściciel jednej z tamtejszych Karczm. Mieszkał kiedyś w Urupie, szkoda, że to było 10 lat temu."

"Czas porozmawiać znowu z Mysticiem, czas wrócić do karczmy Geriona." Pomyślał Seth wychodząc z balii pełnej wody...
_________________
Wojciech 'Sethariel' Żółtański
Gry-Fabularne.pl - serwis o grach fabularnych
 
 
 
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-18, 10:24   

Deszcz wolno, acz skutecznie sączył się za kołnierz płaszcza Łowcy. "Paskudny ranek" - mruknął Vasquez sam do siebie. Kiedy wędrował w samotności łapał się często na tym, że rozmawiał sam ze sobą. A może wcale nie ze sobą? Usiadł pod wielkim nawisem płożącej się, karłowatej hikory. Wsparł plecami o ścianę i przymknął oczy. Przestawił swe postrzeganie na świat astralny, czubkami palców powoli wyczesywał pasma astralnej energii. Lekkimi pchnięciami kierował je wgłąb wzorca talentu Hartowania siebie. Było to trudne i wymagało wielkiej uwagi. Ale Łowca wiedział jak ma o siebie zadbać na szlaku. Po pół godzinie był już gotów do dalszej drogi.

***

"Mości Gerionie, możesz mi polecić jakiegoś przewodnika? Może być choćby wietrzniak, byle miasto znał." - głos Abishaia wyrwał trolla z zadumy. Zwykle pogodny Wojownik, od rana miał jakiś dziwny nastrój. Na poły sentymentalny, na poły smutny. Przez otwrate na podwórze drzwi przyglądał się Misiołakowi walczącemu ze skołtunioną brodą i włosami.

"Przewodnika Abishaju? Poleciłbym Ci Lancelota, ale widzę, że dziś ma ochotę na poranne koncerty" - kiwnął rogami w stronę wietrzniaka, który grał piękne melodie na swoich skrzypcach. Gerionowi przez myśl przeleciały obrazy z młodości. Piargi na wschodnich zboczach Gór Gromu, szum wodospadu i chłodne drobiny rozbryzgującej się wody, jakie osiadały na jego ramionach, gdy medytował każdego poranka, po intensywnych ćwiczeniach. "Wiesz co, znam zmyślną dziewczynę, z twej rasy. Rufina ją zowią. Bystra i urodzona w Urupie. Poproszę Lancelota jak skończy, bo po nią posłał. A teraz pozwól, że podam Ci śniadanie".

Abishai usiadł blisko otwartych drzwi. Lubił chłod porannego powietrza. Spojrzał na stół. Sześć miseczek z mieszankami orzechów i suszonych owoców. Połowy z nich nie znał. Zaczynał chyba lubić gerionowe menu. DO tego garniec ciepłego, koziego mleka z miodem. I świeże mandarynki!

Misiołak skonczył właśnie jajecznicę z pół kopy jaj przystrojoną grubymi, tłustymi plastrami boczku. Pochłonął następnie kiszone ogórki, papryka i kapustę. Zamówił dwie kształtne goloneczki omaszczone bogato ostrym chrzanem, koryto owsianki z owocami i miodem, bochen świeżego pachnącego chleba ze złocistym masełkiem...I koniecznie coś do picia. Klik spoglądała na Władcę Zwierząt zaintrygowanym spojrzeniem. To co pochłonął Misiołak jej wystarczyłoby na tydzień. Ale człowiek nie wyglądał wcale na grubasa. Wręcz przeciwnie, był potężny i umięśniony jak rugaryjski mastrylicht. ŚLedziła wzrokiem grę mięśni barków pod grubą, owłosioną skórą Misiołaka. Drzemała we Władcy jakaś dzika, pierwotna siła. Przez ułamek sekundy zastanowiła się co też takiego mogłaby mu skraść, co byłoby godnym jej wyzwaniem...? Odsunęła myślą impuls złodziejskiej magii. Misiołak miał na sobie tylko przepaskę biodrową. Z niechęcią zauważyła jak przez otwarte szeroko drzwi wchodzi zakapturzony t'skrang.


Ksenomanta W karczmie zastał półnagiego Władcę Zwierząt ("Dobrze, że przynajmniej ten nie wstydzi się swojej cielesnej powłoki." - pomyślał), Trubadura jak zwykle głośnego, Złodziejkę oraz Abishaia rozmawiającego z gospodarzem. Nikogo, poza tym ostatnim nie zaszczycił nawet spojrzeniem.

Udał się w swój ulubiony kąt (tak, to był jeden z nawyków, którego nie chciał się wyzbywać), mówiąc do Geriona: "Przyssssiądź ssssię do mnie, kiedy będziesszz miał chwilę. Ale najpierw śśśśniadanie," - tu nagle przerwał i nadstawił uszu. - "Bo ssssssłyszę, że nie tylko ja jesssstem głodny..."
"Oj nie tylko to SirValequ" - przerwał rozmowę z Iluzjonistą Gerion. "Co jemy dziś rano?" - zapytał retorycznie z uśmiechem. Po chwili przyniósł Ksenomancie jego ulubione śniadanie i imbryk z wrzącą wodą. SirValeq zazwyczaj sam wybierał gatunek herbaty. Gerion już dawno przywykł do Ksenomanckich rytuałów. A nwet je polubił.

Kiedy po długiej godzinie towrzystwo nasyciło się śniadaniem i odpoczęło, Gerion ruszył w kierunku Lancelota. WIetrzniak się wyspał i grał wlaśnie swą ulubioną melodię. "Przyjacielu" - szeptem zwrócił się do Trubadura w języku trolli. Lancel zadziwiony włożył nieco wysiłku w swe magiczne talenty, by zrozumieć trolla i pokonwersować z nim w jego mowie. "Znajdz mi proszę Rufinę. Koniecznie niech do mnie przyjdzie. Rozejrzyj się jeszcze za tym nieroztropnym Bezbronnym, bo jeszcze gotów napytac sobie biedy". Potem jeszcze krótką chwilę rozmawiali i wietrzniak radośnie wyfrunął ślizgając się w powietrzu ze świstem kilka centymetrów nad miską z golonkami, które wzrokiem pochłaniał Misiołak.


Gerion uśmiechnął się do Kilk pytając czy jeszcze coś by przekąsiła. Jednak dziewczyna zaprzeczyła tylko ruchem głowy. Bez słowa wstała, otrzepała spodnie i skierowała swe kroki w stronę Abishaja. Troll musiał odczekać kilka chwil nim rozwieją się mgliste opary wokół SirValequa. Przysiadł się więc do objedzonego Misiołaka. "Gdzie kierujesz swe kroki druhu?" -zapytał. "Baryłeczka wygląda na zadowoloną" - dodał spoglądając przez okno.

***
Zbliżało się południe. Seth leniwym krokiem mijał wysokie mury brzydkiej budowli. "Ohydne" - pomyślał. "Może i wygląda na nie do zdobycia, ale ten cały Lud zza Morza nie ma za grosz gustu" - dodał obrzucając wyzywającym spojrzeniem, zakutego w czarną stal strażnika. Skręcił w uliczkę Wędrowców z północy i wyszedł na Krzywą. Wmieszał się w tłum tragarzy i portowych robotników. Jeszcze trzysta kroków i usiądzie wygodnie przy gerionowym stole.
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
Sir Valeq 
Uczeń IV Kręgu
Gracz


Dołączył: 01 Cze 2006
Posty: 82
Skąd: Włocławek/Łódź
Wysłany: 2007-01-18, 14:11   

Troll musiał odczekać kilka chwil nim rozwieją się mgliste opary wokół SirValequa. W tym czasie porozmawiał z Misiołakiem.

Wreszcie jednak przysiadł się do Ksenomanty, który miał za sobą już śniadanie i dwie herbaty. Zdawał się też wrócić do rzeczywistości, gdyż przez pół godziny siedział zupełnie od niej oderwany.

"Zaprossssiłem do nas Łucznika, Gerion," - powiedział Sir'Valeq wskazując głową pustą przestrzeń obok trolla. - "Tyle lat już tu przessssiaduje... Twój najbardziej sssstały gośśść, choć nie zarabiasz na nim ani miedziaka."

Wojownik wzruszył ramionami.

"Czy mógłbyśśśś opowiedzieć mi, co według ciebie zaszło tutaj wtedy? Chciałbym porównać twoją werssssję z wersją Roxa. Jeśśśśli wiesz także, gdzie mógłbym znaleźć innych śśśświadków tego zdarzenia, których werssssje mogą być jeszcze inne, to powiedz mi o tym."

Zadumał się na chwilę.

"Ciekaw jesssstem, śśśświadkiem ilu jeszcze tajemniczych wydarzeń były te mury..."

Obaj spojrzeli jeszcze, czy Lancelot na pewno wyleciał i nie będzie przeszkadzał w rozmowie, po czym ropoczęli.

"Aha, jeszcze jedno. Jeśśśli sssam chciałbyś zadać swemu gośśśściowi jakieśśśś pytania, to z chęcią mu je przekażę."
_________________
"We cannot all be masters." - William Shakespeare

http://artofcreation.strefa.pl
 
 
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-18, 14:37   

Czy mógłbyśśśś opowiedzieć mi, co według ciebie zaszło tutaj wtedy? Chciałbym porównać twoją werssssję z wersją Roxa. Jeśśśśli wiesz także, gdzie mógłbym znaleźć innych śśśświadków tego zdarzenia, których werssssje mogą być jeszcze inne, to powiedz mi o tym."
- z namysłem wysyczal Ksenomanta. Zadumał się na chwilę. "Ciekaw jesssstem, śśśświadkiem ilu jeszcze tajemniczych wydarzeń były te mury..."

"Wiesz SirValequ" - odparł troll - "jakieś trzy lata temu, dokładnie 12 dnia miesiąca Raquas 1504 roku, odwiedził mnie Rox zupełnie niespodziewanie. Było wczesne popołudnie i ruch spory. Rox zamówił korzenne wino z łyżką cukru trzcinowego" - ciągnął troll.
"Pamiętam jak dziś, wyszedłem na zaplecze i jeszcze się na niego obejrzałem. NIe widzieliśmy się dobre 4 lata. Uśmiechnął się do mnie wtedy. Jak na człowieka był bardzo brzydki, zamiast obu gałek ocznych miał paskudne amulety. Kiedy wróciłem z garem wina, przy jego ławie było już spore zamieszanie. Leżał na stole i nie reagował na próby docucenia. Umarł".


SIrValeq tylko potakiwał głową.

Troll ciągnął dalej: "Rox był znanym Kusznikiem. Przed laty poznaliśmy się nad Wężową. Potem się ustatkował, ożenił ze swoją uczennicą - Delveną. Osiedli w Wielkim Targu. Czasem pisywał do mnie listy. Miał znajomego adepta Posłańca - obsydianina Ekari-shosena i w ramach przyjaźni i umów krwi, korzystał z jego usług. Ale w żadnym liście się nie skarżył, że na coś cierpi, albo ma wrogów. Przestał rozwijać swą legendę, zajął się prostym życiem, choć szkolił młodych adeptów."

Gerion zamyślił się na chwilę.

"Nawet się nie zapowiedział. Gdybyś mógł poznać tajemnice jego śmierci - byłbym wdzięczy. Jednak wiedz, że impuls Ragokka jest mi obcy. Nie będę się mścił. Chyba, że wymagałby tego honor Roxa...." skończyl Wojownik.

***
Seth już już miał wejść do karczmy Geriona. Zatrzymał się jednak 20 kroków wcześniej. "Przecież Mystic zwykł się zjawiać wieczorem" - pomyślał. "Złoże mu niespodziewaną wizytę, a potem razem coś przegryziemy u Geriona". Obrócił się na pięcie i pognał w stronę nabrzeża...
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
Bezbronny 
Nowicjusz
Nie bij


Wiek: 36
Dołączył: 18 Sie 2006
Posty: 1
Wysłany: 2007-01-18, 16:41   

szukałem przez kilka godzin i nie znalazłem ech... " wraca wietrzniak zrezygnowany do karczmy"

staram się lecieć jak najszybciej potrafię, pilnuje aby pies mnie nie zgubił, latam przy ziemi, miedzy domami, w górę i znów przy ziemi, jak ważka, po czym wznoszę się ku górze i podziwiam tą wioskę.... Dopiero teraz, z wysokości widać jak bardzo się myliłem... Las domów dawców imion zatrzęsienie, i w tedy coś we mnie pękło, poczułem ból w piersi, uświadomiłem sobie że przegrałem, że poniosłem porażkę, straciłem wszystko co zdobyłem w swoim 84 letnim życiu, wszak cały majątek spieniężyłem, i straciłem. Nie stać mnie nawet na zapłacenie za śniadanie, co ja teraz biedny pocznę...
Załamany spadam lak liść na ziemię jednak że spadając uświadamiam sobie że nie może tak być, nie poddam się... koryguje lot, i ląduje. wołam psinę, po czym przytulam się do burka i głaszcząc go szepczę mu na ucho ze jakoś to będzie. Wsiadam na psinę, po czym wyruszamy do karczmy.

przy karczmie zostawiam psa. wchodzę do karczmy, rozglądam się za Gerionem, czapka z głowy i zagaduje: Straciłem wczoraj cały mój majątek było tego trochę, tyle ile mogłem udźwignąć resztę zainwestowałem w zbroje wóz z koniem i mały skrawek lasku przy serwos. Nie stać mnie aby kupić sobie śniadanie. Czy nie znalazła by się dla Mnie jakaś praca, w zapłatę by była strawa dla mnie i dla mojego psa, waruje pod drzwiami....

Myślę głośno
Żebym wiedział jak znaleźć tego złodzieja co mnie okradł... czy mój cały majątek już przepadł na wieki? jak można ustalić kto to zrobił.
Staram się nie płakać

siedzę zmartwiony i czekam na to co Gerion odpowie. Po chwili dodaje, potrzebuje sztyletu, lub Noża, nie mam żadnej broni przy sobie a gołymi pięśćmi dużo nie zdziałam...
_________________
-=[ PIWO Rule 4 Ever ]=-
 
 
 
Misiołak 
Uczeń II Kręgu
Łakomiś


Wiek: 36
Dołączył: 23 Maj 2006
Posty: 47
Skąd: Bydgoszcz/Londyn
Wysłany: 2007-01-18, 18:10   

Troll musiał odczekać kilka chwil nim rozwieją się mgliste opary wokół SirValequa. Przysiadł się więc do objedzonego Misiołaka. "Gdzie kierujesz swe kroki druhu?" -zapytał. "Baryłeczka wygląda na zadowoloną" - dodał spoglądając przez okno.

Misiołak faktycznie pochłaniał potrawy niczym dotknięty klątwą rybki-głodomora. Na koniec posiłku beknął soczyście wyrażając tym samym pełne uznanie dla trollowej sztuki kulinarnej.
- Mam parę wiadomości do dostarczenia... Choćby sołtys Bryen z Pszczelej wyraża nadzieję, iż zagustujesz w jego miodach - tu wymownie oblizał łyżkę pokrytą złocistymi kroplami - i nawiążesz z wioską owocną współpracę. Liczy, że zrobisz mu dobrą reklamę w dzielnicy. Możesz być pewien, że na tym nie stracisz. Sowicie mnie wynagrodził za uwolnienie wioski od plagi mózgonóżków.
- A potem... potem pewnie rozejrzę się za jakąś karawaną, która wyprowadzi mnie z tej całej cywilizacji. Być może teraz Baryłeczka wygląda na szczęśliwą, ale wkrótce obrzydną jej miejskie mury.

Zaraz po śniadaniu Władca Zwierząt zaczął sposobić się do wyjścia.
_________________
.:Rysunki:.:Blog:.
 
 
abishai 
Uczeń III Kręgu


Wiek: 39
Dołączył: 28 Lis 2006
Posty: 58
Wysłany: 2007-01-18, 18:36   

"Przewodnika Abishaju? Poleciłbym Ci Lancelota, ale widzę, że dziś ma ochotę na poranne koncerty" - Gerion kiwnął rogami w stronę wietrzniaka, który grał piękne melodie na swoich skrzypcach. Po chwili namysłu zaś dodał. "Wiesz co, znam zmyślną dziewczynę, z twej rasy. Rufina ją zowią. Bystra i urodzona w Urupie. Poproszę Lancelota jak skończy, bo po nią posłał. A teraz pozwól, że podam Ci śniadanie".
"Dziękuję bardzo za pomoc."- rzekł krasnolud w odpowiedzi.. Zwiedzanie miasta w towarzystwie przedstawicielki własnej rasy było ciekawą wizją.

Abishai usiadł blisko otwartych drzwi. Lubił chłód porannego powietrza. Spojrzał na stół. Sześć miseczek z mieszankami orzechów i suszonych owoców. Połowy z nich nie znał. Zaczynał chyba lubić gerionowe menu. DO tego garniec ciepłego, koziego mleka z miodem. I świeże mandarynki!
Jeszcze trochę, a stanę się gruby, jak te brodate baryłki z Throalskiej świątyni Chorrolisa. - jęknął w duchu, co jednak nie przeszkodziło mu w pałaszowaniu smakołyków. Zawód wędrownego iluzjonisty do wynajęcia (..jakim się parał) nauczył go, żeby napełniać brzuch przy każdej okazji. Częsty wysiłek i nierzadkie okresy głodówki spowodowały że krasnolud był bardzo szczupły, jak standardy swej rasy. Skarby, sława i kobiety...życie bohaterów wspaniale wygląda w opowieściach trubadurów. Którzy jakoś zapominają wspomnieć o kupcach targujących się o każdy kawałek srebra przy wypłacie wynagrodzenia, ulewach po których przemarza się do szpiku kości , zapylonych korytarzach grożących zawaleniem i setkach złośliwych pułapek chroniących, nie tak znowu wielkie skarby. -westchnął w myślach Abishai i popijawszy naprawdę pyszny napitek planował wycieczkę. Najpierw musiał odwiedzić ambasadę Throalu , by dowiedzieć czy może wraz ich pocztą wysłać list do rodziny, potem do urzędu miejskiego.. A potem, może zwiedzić Biharj - dzielnicę krasnoludów?
Kto wie... Abishai nie miał aż tak sprecyzowanej wizji dnia.
 
 
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-18, 19:43   

" Mam parę wiadomości do dostarczenia... Choćby sołtys Bryen z Pszczelej wyraża nadzieję, iż zagustujesz w jego miodach - tu Misiołak wymownie oblizał łyżkę pokrytą złocistymi kroplami - i nawiążesz z wioską owocną współpracę. Liczy, że zrobisz mu dobrą reklamę w dzielnicy. Możesz być pewien, że na tym nie stracisz. Sowicie mnie wynagrodził za uwolnienie wioski od plagi mózgonóżków."

Gerion z uśmiechem odpowiedział - "Jak tylko wrócisz przekaż mu, że dam mu naprawdę dobrą cenę za jego półroczne zbiory. I opłacę transport!..." Nim zdążył skończyć Misiołak wtrącił: "A potem... potem pewnie rozejrzę się za jakąś karawaną, która wyprowadzi mnie z tej całej cywilizacji. Być może teraz Baryłeczka wygląda na szczęśliwą, ale wkrótce obrzydną jej miejskie mury."

"Cóż co do karawany może mógłbym Ci pomóc. Natomiast Bryen będzie szczęśliwy, gdy mu powiesz, że kupiec Martell żywo interesował się w zeszłym tygodniu tak zacnym napitkiem jaki pędzę z bryenowego miodziku. Jeśli soltys byłby skłonny przypieczętować krwią roczny kontrakt, to możesz mu przekazać niech ruszy tu swój gruby tyłek"- troll porozumiewawczo mrugnął do Władcy Zwierząt i wstał dokończyć przerwaną rozmowę z Ksenomantą.

"A słuchaj no Misiołaku" - zawrócił na pięcie Wojownik - "nie zaopiekowałbyś się moim Pikusiem? To lekko oswojony skeorx...kocie jeszcze...małe...Nie chcę by zgłupiał do cna w tej klatce, a wiem ze Ty się nim dobrze zajmesz..co? - spojrzał z nadzieją w oczy człowieka. I uśmiechnął od ucha do ucha.

Nagle do karczmy wleciał zrozpaczony Bezbronny. Ściągnął pomarańczową czapkę z głowy i uderzył w te słowa: "Straciłem wczoraj cały mój majątek było tego trochę, tyle ile mogłem udźwignąć resztę zainwestowałem w zbroje wóz z koniem i mały skrawek lasku przy serwos. Nie stać mnie aby kupić sobie śniadanie. Czy nie znalazła by się dla Mnie jakaś praca, w zapłatę by była strawa dla mnie i dla mojego psa, waruje pod drzwiami..."

Gerion rozejrzał się rozkojarzony po karczmie. "Oż cholera, a Lancel szuka tego biedaka w Zennice" - pomyślał. "Słuchaj no zuchu" - huknął troll - "Lancelot to urwipołeć, który woli dmuchać w piszczałkę i śpiewać , niż zająć się porządną pracą. Roboty u mnie dostatek, ale co taki pokurcz jak Ty może robić? Drwa rąbać? Beczki nosić? Hmm...ale pajęczyny mógłbyś omiatać, świece gasić, gosci prowadzić na pokoje i insze lżejsze roboty. Może i Lancelowi w śpiewie byś towarzyszył i sztuczkami jakimiś gości zabawiał? Albo opowieściami? Dobra, możesz u mnie nocować i jeść za robotę od rana do południa. Popołudnia masz wolne, jak znajdziesz co lepszego - bierz. Wieczorami też będę Cię potrzebował. Tygodniówki wypłacam z dołu, 7 srebrników. Jak co od gości dostaniesz, a uczciwie - to Twoje. Do pewnych komnat nie wchodzisz i nie pytasz dlaczego. Jak sprowadzisz mi celowo Złodzieja, to wiedz, że go okaleczę, a Tobie pourywam nóżki. Teraz leć na strych uporządkuj tam coś noca napaskudził, ochędóż się trochę i doprowadź do porządku..." - skończył troll.

***
W tym czasie Abishai realizował swoje plany. Złatwił z pomyślnością wszystko w throalskiej ambasadzie i uboższy o 30 srebrników opuszczał strome korytarze Biharj. Powłóczył się jeszcze do wteczora po centralnej dzielnicy i napodziwiał dryfujących nad miastem drakkarów oroskich trolli. Zamierzył sobie wrócić do Geriona późną nocą.

***

Seth był zachwycony. Bibi i Jupik okazały się doskonałymi towarzyszami oczekiwania na Mystica. Było wczesne przedpołudnie, gdy Czarodziej zaprosił go w końcu do siebie...Seth bez ogródek przeszedł do sedna. Mystic tylko słuchał i gładził swą siwą, długą brodę... A potem zaczął z nim rozmowę...

***
Lancelot już był zmęczony. Dobre dwie godziny szukał Bezbronnego. Było zdrowo po południu kiedy przysiadł na zrębie fontanny w dzielnicy Nehem. Opluskał twarz w chłodnej wodzie i leniwym lotem udał się do karczmy Geriona...

***
Sir'Valeq tkwił w astralnej przestrzeni. Nie sam. Pośród odbić gerionowego lokalu i jaśniejących zarysów adeptów przemierzających tam i siam salę, Ksenomanta kierował strumienie magii ku mglistemu duchowi lewitującemu w okolicach paleniska. Zaczerpnął karmicznej energii i przepuścił ją przez wzorzec talentu, który sprawił, że duch zrozumiał słowa t'skranga...A potem wysłuchał jego opowieści...
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
Misiołak 
Uczeń II Kręgu
Łakomiś


Wiek: 36
Dołączył: 23 Maj 2006
Posty: 47
Skąd: Bydgoszcz/Londyn
Wysłany: 2007-01-18, 20:39   

"A słuchaj no Misiołaku" - zawrócił na pięcie Wojownik - "nie zaopiekowałbyś się moim Pikusiem? To lekko oswojony skeorx...kocie jeszcze...małe...Nie chcę by zgłupiał do cna w tej klatce, a wiem ze Ty się nim dobrze zajmesz..co? - spojrzał z nadzieją w oczy człowieka. I uśmiechnął od ucha do ucha.

Oczy Władcy roszerzyły się ze zdumienia.
- Obawiam się, że nie istnieje coś takiego jak lekko oswojony skeorx. Zresztą nawet "oswojony" skeorx i miasto to kiepskie połączenie. Zwłaszcza kiepskie dla miasta. Dobrze, jak wrócę, to się nim zajmę. Przez jeden dzień nie powinien narobić kłopotów...
- Swoją drogą co za szaleniec wykradł go matce... - mruczał ubierając się w jeszcze wilgotne odzienie. Powtórzył w myślach listę zleceń: przypomnieć kupcowi Boleenowi o dostawie sukna do Pszczelej, przekazać wieści od głosiciela Garlen ze Strugi, poinstruować szkutnika odnośnie modyfikacji łodzi dla rybaków z Soły... a to tylko początek.
- Do zobaczenia popołudniu lub co bardziej prawdopodobne wieczorem - pożegnał się i wyszedł za próg. Niedźwiedzica podreptała w ślad za nim.
_________________
.:Rysunki:.:Blog:.
 
 
Sethariel 
Opiekun X Kręgu


Wiek: 35
Dołączył: 10 Cze 2006
Posty: 1861
Skąd: Wejherowo
Wysłany: 2007-01-18, 22:20   

"Bardzo dobra herbata. Hmm białe liście Karripai sprzedawane przez lud zza morza, zgadłem?"

Seth odłożył delikatnie ozdobną filiżankę, rozsiadł się wygodnie na krześle, odgarnął spadającą na jego twarz blond grzywkę, po czym przyjął wygodną, lekko schyloną do przodu pozę, łokcie opierając o stół...

"Przejdę do konkretów. Pewnie zauważyłeś, że jestem lekko poparzony. Stoczyłem wczoraj w nocy walkę. Szkoda, że nikt jej nie widział... W każdym razie niespodziewanie zaatakowano mnie gdy szedłem w stronę dzielnicy T'skrangów. Napastników było kilku, jednak nie grali w jednej drużynie chyba. Najpierw z ciemnego zaułka wyskoczył prawdopodobnie ork i krasnolud, niestety nie miałem zbyt dużo czasu by się im przyjrzeć, więc to tylko moje przypuszczenia. Nie stanowili żadnego zagrożenia, w mig się z nimi uporałem... Nie wiem nawet czy moge o nich mówić jak o dawcach imion, bo równie szybko jak się pojawili, zniknęli... tak po prostu rozpłynęli się w powietrzu... Podejrzewam ingerencję jakiegoś maga, prawdopodbnie iluzjonisty. Nim zdążyłem się nad tym zastanowić zaatakowano mnie ponownie. Tym razem napastnika kojarzyłem, pewnie Cię to zaskoczy, był nim jeden z Powierników Zaufania, prawdopodobnie mistrz carromeleg. Z nim także sobie poradziłem, a jakże" uśmiechnął sie zadowolony z siebie Seth. "Rzecz w tym, że do walki dołączyła trzecia osoba, nie wiem kim była, ale musiała być cholernie dobrym magiem, zdąrzyłem tylko zobaczyć pędzącą w moim kierunku falę ognia, duuużą falę ognia, o mało co się tam nie spaliłem... Na szczęscie miałem czym, haha a własciwie kim się zasłonić... Co o tym sądzisz? Mystic dobry kolego, bo mnie się wydaje, że ktoś tu sobie pogrywa i to dosyć poważnie. Mygrelle prawdopodobnie żyje, ma się dobrze i zastawia na mnie i na innych swoje sidła... Bardzo sprytne z jego strony, upozorować własną śmierć... Ale my Mystic coś wymyślimy, na pewno. Mam nadzieję, że Mygrelle tym razem pożałuje wszytskiego, a ja odzyskam co moje. To co współpraca? Jak kiedyś?" Seth wyciągnął dłoń w stronę Mystica, czekąjąc aż ten zgodzi się współpracować...
_________________
Wojciech 'Sethariel' Żółtański
Gry-Fabularne.pl - serwis o grach fabularnych
 
 
 
Sharkuz 
Uczeń III Kręgu


Wiek: 39
Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 77
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-18, 22:53   

Łupieżca z gromkim śmiechem wszedł do karczmy, zza drzwi słychac jeszcze było dudniące:
-...do boju Kamienni, do boju...

- Gerion polej mi tu troche piwska urupiańskiego czy jakie Wy tu macie, cały dzień żem u roboty bawił.
_________________
I tylko drzewa jak świat światem
ukłony ślą tym, co pod wiatr....
 
 
klik 
Nowicjusz
klik

Dołączyła: 08 Lip 2006
Posty: 13
Skąd: Zielona Góra
Wysłany: 2007-01-18, 23:53   

Klik zbudziła się w doskonałym humorze - sen wyciszył niepokój i napięcie poprzednich dni. Siedząc na łóżku w przytulnym pokoju szybko przejrzała zawartość swojego plecaka - były tam wszystkie niezbędne jej rzeczy; wszystko, co miało dla niej jakieś znaczenie. Kilka magicznych zabawek, które w przeszłości nieraz uratowały jej życie; parę fiolek z truciznami; trochę listów, rejestrów kupieckich, spisów nazwisk, znalazłoby się tam nawet zaświadczenie mówiące, że jego okaziciel jest właścicielem egzotycznej kolekcji białych motyli pochodzących z serca puszczy Liai. Z namysłem wpatrywała się przez długą chwilę w listy z referencjami dzięki którym mogłaby uśmiercić Klik i stać się kimś zupełnie innym: Katrianne-aktorką z podrzędnego teatru w jakiejś zabitej dechami wiosce, Anną-guwernantką, która z przyjemnością zaopiekowałaby się czyimiś niesfornymi dziećmi czy w końcu Edgarem-lingwistą. Wykrzywiła usta. Tylko po co? Podeszła do niewielkiego lustra stojącego na komodzie z ciemnego drewna - jako dziecko słyszała opowieść trubadura o świecie znajdującym się po drugiej stronie szklanej tafli. Świecie, który przecina się z ich rzeczywistością tylko poprzez te nieruchome oczy. Świecie, który jest zupełnie, absurdalnie inny od tego, który znają. Uśmiechnęła się lekko - druga twarz odpowiedziała uśmiechem tak samo blada pod ciemnymi, prostymi włosami jak jej własna. Utrzyma Klik przy życiu jeszcze przez jakiś czas. Zawsze polegała na swoim instynkcie a skoro ten uporczywie nie szepcze jej teraz, by uciekała - to nie ucieknie. Przeciwnie. Do tej pory Klik była raczej myszą, która wykradała kotu najsmaczniejsze kąski, teraz miała ochotę sama upolować kilka tłustych, zadowolonych z siebie szczurków.
Sprawnie spakowała plecak, sprawdziła czy wszystkie jej niespodzianki dla myszek są na swoich miejscach po czym, zwabiona smakowitym zapachem jajecznicy, zeszła do głównej sali.
Schodząc układała w myślach listę rzeczy, którymi musi się tego dnia zająć - na pewno koniecznie musi poznać najnowsze wieści z życia codziennego miasta: jakie statki przypłynęły i jakie cargo przywiozły, najnowsze plotki, kradzieże, zabójstwa porwania, bankructwa czy najbliższe licytacje czarnego i szarego rynku. Zdobycie tych informacji powinno zająć jej jakieś dwie, może trzy godziny - jeśli tylko się pośpieszy. Potem może nawet zdąży się umyć porządnie, przebrać i zamienić parę słów z Mysticiem... Westchnęła cicho patrząc zafascynowana na potężnego Władcę Zwierząt konsumującego właśnie sumę jej tygodniowych posiłków. Była w nim jakaś energia, siła, która ją intrygowała - sposób w jaki odbierał świat i reagował na niego. Taki... skumulowany, skoncentrowany w jednym punkcie i w jednej chwili. Tu i teraz. Cóż cennego posiadał? Empatyczną więź ze zwierzęciem, miłość jego niedźwiedzicy - zaszeptała drzemiąca w niej magia dyscypliny. Nie wolno. Nie teraz. Przeniosła wzrok na siedzącego przy kolejnym stole iluzjonistę, podniosła się zdecydowana odbyć z nim krótką rozmowę przed wyjściem na miasto. Gdy jednak zobaczyła, że Abishai skończył posiłek i przygotowuje się do opuszczenia karczmy tylko skinęła mu głową. Wychodząc pomachała dłonią Gerionowi.
- Wrócę tu jeszcze - powiedziała z uśmiechem.
Dyskretnie sprawdzając czy nikt nie przejawia zbytniego zainteresowania jej osobą zagłębiła się w labiryncie wąskich ulic.
 
 
 
Gerion 
Opiekun IX Kręgu
Troll Warrior


Wiek: 47
Dołączył: 24 Maj 2006
Posty: 1091
Skąd: Poznań
Wysłany: 2007-01-19, 10:13   

Sharkuz dysząc ciężko, usiadł za stołem. Kątem oka obserwował ciemny kąt, w którym Ksenomanta szeptał sam do siebie dziwne słowa. Gerion postawił przed nim spory antałek. "Bezbronny" - rzucił w powietrze troll - "przynieś proszę naszemu Sharkuzowi pusty puchar, ja odgrzeję smażone z boczkiem ziemniaki".

"Dostałem wczoraj wspaniały wędzony boczek ...wieprzowy...od jednego z rzeźników z Żelaznych Pazurów. Mówię Ci - paluchy lizać" - troll uśmiechnął się do wygłodniałego Łupieżcy. Poszedł na chwilę do kuchni i żelaznymi szczypcami umieścił kilka Gorących Kamieni pod żeliwnym kociołkiem. Spróbował drewnianą łychą ziemniaków, dosypał mielonego kminku z zielonym pieprzem...dorzucił pół garści wiórków z suszonej czuszki (piekielnie ostrej) i 4 kulki indrisańskiego ziela. Zadowolony z siebie wrócił do karczmy.

Bezbronny siedział na stole przed Sharkuzem i przez długą słomkę cedził piwo w sharkuzowego pucharu...Łupieżca był tym bardzo rozbawiony. "A wiesz co lataczu, jako żywo Lancela mi przypominasz" - parsknął piwną pianą w powietrze.

SirValeq z wielka uwagą słuchał co duch Roxa ma mu do powiedzenia, a miał wiele...

***

Misiołak stal rozbawiony nad tłustym krasnoludem. "Coooo! Jak w przyszłym tygodniu?! Czy Bryen ze swoją kuśką na łby się pozamieniał? Że niby ja zapomniałem?!" - darł się czerwony na gębie jak pawiani tyłek. "Toż słowa mi nie przysłał, o tej cholernej dostawie sukna..." - opluwał sobie brodę - "Weź mie tego kudłacza stąd bo mi zaraz prześmierdną wszystkie jedwabie i Magistrat na obrotowym mi dowali tak, że moim córkom cycki z głodu oklapną" - pieklil się kupiec. Misiołak tylko słuchał. Po godzinie, zmęczony Boleen usiadł na belach zielonego sukna. "Widzisz Misiołak" - smutny wskazał to na czym usiadł. "Widzisz? Miało być czerwone...kurna czerwone jak juha barana. A to co jest?" - i wściekły wrzeszczał - "Magistrat zamówił 80 łokci CZERWONEGO sukna z Derrek, a ten mój głupek Johan przywiózł z Derrek 100 łokci...! I mi wcześniej nie mówił, że ma problemy z kolorami! Ech ci ludzie, no mówię Ci........."

***

Dłoń Mystica z wolna płynęła przez gęste powietrze jego komnaty. Zdziwiona mucha machając wolno skrzydełkami przyglądała się upierścienionym palcom maga. A zwłaszcza ciemnogranatowemu kciukowi. Z każdym uderzeniem serca, dłoń Czarodzieja zbliżała się do wyciągniętej ręki Fechmistrza. Wreszcie po długim oczekiwaniu, obie ręce z wielką siłą, klasnęły o siebie i zamarły w uścisku...
Nad kamienicą Mystica zgęstniałe powietrze utworzyło ogromny wir...porwało kilka dachówek i wystrzeliło w górę, kręcąc piruet Pięścią Jorkawa....zdezorientowani Żeglarze, rozsypali się po pokładzie.........

***

Klik wcisnęła chłopcu w dłoń kilka miedziaków. "Nie wiesz jak wyglądam" - cmoknęła go w czoło. Chłopak zrobił głupią minę...

***

Wokół orka wyło rozcinane powietrze. On sam dwoił się i troił, by utrzymać wyrywającą mu się z rąk broń. Powietrze wypełniała wirująca stal. Każde ogniwo łańcucha pracowało z ogromną siłą... Gdy Łowca wsparł się na lewej dłoni, jego stopy poszybowały pionowo w górę...Łańcuch z ogromną siłą zaczął owijać się wokół wolnej dłoni. Gdy zostały tylko dwie stopy wolnej długości, ork uniósł ciężar swojego ciała na palcach dłoni i wystrzelił prawą rękę w stronę pnia sosny...Po ułamku sekundy sosnowe drewno pękło siejąc wokół mokre drzazgi. Vazquez opadł do przysiadu. Odpoczywał...
Po chwili podniósł się i zaczął nawijać na przedramię srebrne ogniwa długiego łańcucha. Napił się chłodnej wody z manierki i ruszył dalej w drogę ku Aras Nehem.
_________________
Moja wikipedia ED,
 
 
 
Sir Valeq 
Uczeń IV Kręgu
Gracz


Dołączył: 01 Cze 2006
Posty: 82
Skąd: Włocławek/Łódź
Wysłany: 2007-01-19, 14:45   

Ksenomanta siedział z przymrużonymi oczami, wygodnie oparty o chłodną ścianę. Był zupełnie pogrążony w pozaziemskiej rozmowie...

"Wysssłychałem już, co wie twój przyjaciel. Teraz chętnie posssłucham, co sssam mi powiesz, Łuczniku."

"Ja... Tak dawno z nikim nie rozmawiałem... Tyle lat mogłem jedynie patrzeć na tych, którzy jeszcze żyją. Dziękuję..."

"Opowiadaj," - przerwał mu t'krang. Jeszcze tego mu brakowało - sentymentalnego ducha...

"Dobrze. Warto, by ktoś się wreszcie o tym dowiedział. Widzisz, kilka lat... albo może to już kilkanaście... Hmm, wiele lat temu poślubiłem adeptkę tej samej Ścieżki, Delvenę. Postanowiłem się ustatkować, osiąść gdzieś i przestać włóczyć się po Barsawii w poszukiwaniu przygód. Zająłem się inwestowaniem zgromadzonych środków i szkoleniem młodych adeptów, czasem tylko wykonująć drobne misje dla... dla..."

"Możesz mi powiedzieć. Jeśli stwierdzisz, że nie powinienem, nie przekażę tego dalej."

"Hmm, właściwie, to nie ma już znaczenia. Pracowałem dla Oka Throalu. Wtedy nie powiedziałbym o tym nikomu nawet na torturach, ale teraz..."

"Oj, uwierz mi, że sssstan, w którym jessssteśśś, nie wyklucza zadawania ci cierpienia. Nie chcę cię straszyć, ale dobrze byłoby, byś wystrzegał się Horrorów nawet po śmierci."

"Dobrze, będę pamiętał... Zresztą nie zamierzam się stąd nigdzie ruszać, a chyba nie powinienem spodziewać się Horrora w środku miasta?"

Ksenomanta milczał w odpowiedzi...

"Cóż, wrócę do mojej historii. Chodzi o moją żonę. Jej wioska przed dwudziestoma laty została wyrżnięta przez Theran i Ponury Legion, a ja, mimo iż starałem się, by ona o tym zapomniała, przysiągłem sobie, że znajdę odpowiedzialnych za tamte wydarzenia. Zacząłem wywiązywać się z tego w 1503, w tajemnicy przed Delveną.

"Przez dwa lata błądziłem po tropach prowadzących do nikąd, zamiast iść prosto do celu, ale wreszcie udało mi się. Wpadłem na trop Vudraka, orka Iluzjonisty, który stał wysoko w hierarchii Legionu i sprzedawał znajomemu therańskiemu handlarzowi niewolników Dawców Imion podejrzanych o splugawienie.

"Kiedy trafili do wioski Delveny, napotkali tam silny opór ze strony mieszkającego w niej potężnego Mistrza Żywiołów oraz starego Wojownika. Wtedy na jaw wyszła zdrada Vudraka, któremu jednak udało się uciec przed gniewem kompanów, gdyż pomogli mu therańscy żołnierze i bojowa bata."

Rox zadumał się na chwilę, po czym kontynuował, a t'skrang przysłuchiwał się bez słowa.

"Vudrak ukrywał się przez kilka lat przed członkami Legionu, by wreszcie po osiągnięciu mistrzowskiego poziomu w swojej dyscyplinie, wrócił do dawnego procederu. Zebrał czterech pozostałych przy życiu członków Legionu i stworzył na tych gruzach organizację Wiernych Vudraka."

"W jaki ssssposssób ssssię o tym dowiedziałeśśś?" - przerwał wreszcie Sir'Valeq.

"Pomogła mi w tym P'rk, wietrzniacka Arcymistrzyni Złodziejstwa, która była przyjaciółką Delveny i mieszkała niegdyś w tej samej wiosce. Mam nadzieję, że nie spotkał jej taki los, jak mnie...

Tropiłem orka przez rok. Myślałem, że w pewnym momencie uda mi się go zaskoczyć i dokonać zasłużonego sądu, lecz niedoceniłem go. Zorientował się w jakiś sposób o tym, że go śledzę i sporo wiem o jego przeszłości. Wtedy nasłał na mnie trucicieli z Landis..."

"Rozumiem, że to koniec twojej hisssstorii. Przybyłeśśś do Urupy, by opowiedzieć o wszystkim Gerionowi, ale nie zdążyłeś?"

Duch pokiwał głową.

Ksenomanta czuł już, że działanie talentu słabnie i za chwilę skończy się, więc mówił szybko:

"Opowiem twoją hisssstorię Gerionowi. Myśśślisz, że zrobi cośśś z tym? Podejmie twoją przerwaną misssję?"

"Nie wiem, mo..."

Magia talentu odeszła. T'skrang powrócił wszystkimi zmysłami do rzeczywistości i rozejrzał się za trollem. Kiedy ich spojrzenia spotkały się, powiedział:

"Wojowniku, mam ci wiele do przekazania..."
_________________
"We cannot all be masters." - William Shakespeare

http://artofcreation.strefa.pl
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template junglebook v 0.2 modified by Nasedo